Edgar Allan Poe i jego nowelle

I

Może o żadném społeczeństwie nie pisano tyle, co o Stanach Zjednoczonych. Stał się nareszcie kraj ten spowszedniałym ogólnikiem idei gorączkowego ruchu, ducha spekulacyi, realizmu w życiu, i poniekąd słusznie. Zkąd przyszło do podobnéj anomalii na téj ziemi cudów natury? — nie tu miejsce rozbierać. Przynajmniéj, że pośród tych olbrzymich dziwów niepodobna skarłowacieć człowiekowi, a tém mniéj zależéć pola; gdziebądź się zwróci, energii mu potrzeba, siły, czynności niestrudzonéj, ciągłéj. Więc działa i idzie naprzód, a szybko, a gorączkowo, bo czasu szkoda, a życie krótkie. Tam nic nie ma powszedniego, nic oklepanego — wszystko wyjątkowe. Gdzie dziś las dziewiczy, jutro na tém miejscu droga żelazna, miasto, plantacya bawełny — nie wiedziéć jeszcze co: dość że coś będzie — co bądź — co najwięcéj zysku przyniesie. Nie ma tam czasu wahać się nawet. Patrząc na olbrzymie dziwy natury, wśród których roi się to niestrudzone mrowisko, mimowolnie uznać przychodzi, że tam ludzie dorastają tego co ich otacza. Niezgłębione puszcze, niezmierzone łąki, góry najnieprzebytsze, zlewy wód najpotężniejsze na świecie, potworna płodność ziemi dziewiczéj — człowiek tam zdobył to wszystko z zadziwiającym pośpiechem. Do przemysłu głowy dodał rąk pracę, i uzbroiwszy się w cierpliwość pająka, zasnuł siecią dróg żelaznych wszystko co się dało, i łowi w sieć tę nawet to, co się nie łatwo daje. Ameryka, ta wielka anomalia polityczna, z czołem miedzianém, uwieńczoném 33 gwiazdami, (z których kilka stało się już spadającemi), owa ogromna pół-giełda, pół-rękodzielnia, stąpa naprzód, podobna do nieczułego bożyszcza Dżaggrenatu; niektórzy ciągną jéj rydwan w pocie czoła, inni popychają naprzód tę kamienną ideę, niektórych druzgocze ciężar mechanizmu kół jéj. Piszczałkami parowemi wygwizdała przeszłość któréj nie ma, i dobrze jéj oddychać w dymie, przez pół złożonym z fabrycznych wyziewów, przez pół z kadzideł, któremi sama chętnie sobie dogadza; — a przecież duszno w tym dymie człowiekowi, któryby nie samym tylko chlebem karmić się pragnął. Nazwijmy rzecz właściwém mianem. Ameryce niesłychanie żyć pilno. Podobna ona do tych młodych organizacyj, noszących w sobie zarody suchot dziedzicznych. Choroba nie ogarnęła jeszcze płuc dziewczyny, ale tkwi w jéj duszy instynktowe przeczucie krótkości życia; więc się śpieszy używać, przepada za światem i jaskrawemi wrażeniami, i patrząc na potęgę podniecenia gorączkowego, które ją utrzymuje w stanie ciągłéj extazy, możnaby się pomylić, biorąc ją za jedno z energią sił żywotnych. Ameryce brak zastanowienia. Prawda, że dziwy pracy, wytrwałości i przemysłu człowieka, współubiegoją się tam bezustanku z potworną płodnością świata pierwotnego; ale Amerykanin przemyka się szybko wśród cudów najcudowniejszéj w świecie przyrody, i zdaje się nie zwracać na nie uwagi, i zdaje się nie miéć nawet świadomości wrażeń poetycznych, jakie ztamtąd wieją. Mieszka w domu zajezdnym, w wagonie lub paropływie, myśl jego lata telegrafem, dzienniki brzmią mu tylko reklamą i ogłoszeniami. Gorączka pracy mechanicznéj, przemysłu exploatacyjnego, spekulacyj handlowych, absorbuje tam człowieka, i pociągając go korzyściami, staje mu się wyłącznością. Pośpiech zbyt mało zostawia czasu do obejrzenia się, do zstąpienia w siebie. Przy podobnych warunkach bytu, reakcya nawet wyglądać musi jak ocknienie się roztargnionego. Chmary zapaleńców idą tam za piérwszym lepszym szarlatanem, obwieszczającym koniec świata na dzień naznaczony, albo porzucając wszystko, przenoszą się po nad Słone Jeziora i w Góry Skaliste, wskrzeszać Biblijne Patryarchaty. Stoliki magnetyczne, pukające duchy i piszące ekierki, wzrosły tam do godności dogmatu. Świeżo temu, przerwała się świetlista przepaska zjednoczenia, ześliznęła się z niéj gwiazda jedna i stała się błędną, i była obawa, żeby za jéj przykładem nie poszły błądzić i drugie, z czego, po pewnym czasie mógłby powstać niezbyt pożądany, oddzielny system planetarny. Nakazano zatém post powszechny, skruchę i modlitwy. W podobny sposób uspokaja się w płaczu dziecko, które się uderzyło głową o róg stołu: „widzisz, biedny stół, uderzyłeś go czołem, i o małoś nie zepsuł; przeproś go za to, i nie płacz”. Rzeczą jest godną uwagi, że w ogóle u narodów pozbawionych imaginacyi, reakcya dzieje się zwykle na korzyść wiary — najczęściéj nawet łatwowierności tylko. Zmysł czysto mechaniczny, gorączkowe życie ruchu, pragnień i niepokoju, olbrzymie sił zasoby, ale i błędy olbrzymie, — oto Ameryka córka podstarzałéj Europy, — zbyt mądre dziecko, które się nie uchowa. Dalekoż ona zajdzie, wziąwszy sobie złotego cielca za przewodnika? — co nam do tego — niech idzie naprzód — Bóg ją zatrzyma kiedy czas będzie.

Mając mówić o jednym z najpoetyczniejszych pisarzy Ameryki, niepodobna nam było nie potrącić o prozę życia społeczeństwa, wśród którego żyć mu dano, pośród któréj szamotał się jak przykuty Prometeusz — biedny Prometeusz XIX wieku, zamiast łańcuchów spętany pajęczą siecią, ale podniesioną do potęgi potrzeb życia i wymagań świata, i przeto nie łatwą do zerwania. Był poetą — tém gorzéj dla niego. Lat temu nie wiele, Cypryan Norwid, ów umysł głęboko kontemplacyjny i tyle rozumiejący przeszłość, iż wygląda jakby nie żył dzisiaj, zagnany okolicznościami, ujrzał się znagła na téj ziemi obiecanéj. Ale nie wytrzymał tam długo, i przy piérwszéj sposobności otrząsł nawet złotodajny proch jéj ze swego obuwia, wyrywając się, byle prędzéj z powrotem. Tchu tam brakło poecie; gdzie stąpił, gdzie się zwrócił, czuł się odosobnionym, jakby go nakryto szklannym dzwonem, którego ścian się nie domyślasz, bo są przejrzyste, a z pod których jednak wyciągnięto powietrze. Tęskny myśliciel nie miał nawet spocząć gdzie, wśród téj obczyzny zaprzątniętéj tylko jutrem. W istocie, z czemże tam przestawać wędrowcowi odbitemu od swoich? W Ameryce całéj nie znajdzie cegły jednéj, któraby była mchem porosła.

Gdzie nie ma przeszłości, tam i ojczyzny być nie może; bo ojczyzna, to koniecznie ziemia z prochu ojców. Komu brak ojczyzny, tego i narodowość jest tylko czystą abstrakcyą. Jeżeli prawdą jest, jak to ktoś powiedział, że imaginacya jest to wspomnienie podniesione do ideału, tedy u narodu tak bezwzględnie dzisiejszego jak jest Ameryka, wszelki wyższy polot myśli, musiałby być albo całkiem niemożebny, albo czuć się zmuszonym szukać sobie narodowości po za obrębem społeczeństwa, wśród którego go rzucono. Piérwsze wymyka się warunkom zwyczajnego porządku rzeczy; co do drugiego zaś, bliższe rozpatrzenie się w literaturze Stanów Zjednoczonych, zdaje się stwierdzać tę zasadę a priori. Bo nareszcie, wszelkie możebne formy natchnienia i myśli, są konieczném wcieleniem tego, co krąży w powietrzu, którem się oddycha, co zewsząd opływa duszę, co wypieszcza serce od najpierwszego poczucia bytu. Powołany przychodzi do gotowego, bierze zkąd nie bądź i wypowiada jak sam chce uniesienia wiary i tęsknoty, które każdy ze zdziwieniem poznaje być swojemi własnemi. W społeczeństwie, pozbawioném imaginacyi a nie mającém narodowości, zkąd brać soki pożywne laurowi? Co tu wypowiadać poecie? Czy przeszłość która jest wczorajsza, czy obrazy życia społecznego upływającego pomiędzy giełdą a kantorem, czy naturę o którą nikt nie dba, czy dramat którego nie ma w życiu? Weźmy jedynego pisarza amerykańskiego, który ma wszelkie pozory miejscowości, Fenimora Cooper, tak niegdyś wziętego w Europie, z powodu obrazów bohaterskiego życia pierwszych osadników, które robił przedmiotami swoich powieści. Żyje on na morzu, zapuszcza się w niezgłębione puszcze pierwotne, tuła się naprzemian: to po niezmiernych jeziorach, to nie wychodzi z olbrzymich płaszczyzn zielonych, błąkając się od wigwamu do wigwamu. Opisy jego mają powab urozmaicenia i nowości, ale po za obrębem tych niespodzianek, spotyka nas monotonia nużąca; niby dowiadujemy się tam coraz czegoś nieznanego, ale resztę, zdaje się nam mimowolnie, jakbyśmy już oddawna umieli napamięć. Przy wszystkich pozorach oryginalności, Cooper jest tylko naśladowcą Waltera Skotta. I jak zwykle bywa w takim razie, upodobał sobie wady swego mistrza i przesadził je najstaranniéj jak tylko potrafił. Drobnostkowość opisów posunął do potęgi katalogu, cudowność jest u niego potworną, zbieg wypadków przechodzi zwykle prawdopodobieństwo. Odejmijmy mu dziką wielkość i energię życia pośród natury pierwotnéj, słowem to wszystko, co stanowi tło, które znalazł gotowe; a pozostanie Amerykanin Stanów Zjednoczonych, chłodny, praktyczny umysł, rozumujący effekta, który sobie zrobił zadanie być narodowym, ale się nie obrachował z możnością. Wady Coopera są wadami braku imaginacyi i gorącego przekonania. Jest coś automatycznego w ruchu działaczy jego utworów, nawet w szczegółach ich życia, nawet w grze ich namiętności; w opisach brak jest perspektywy, kolorytowi zbywa na cieple.

Mówiąc o Cooperze, mimowolnie się potrąca o drugiego pisarza z tejże saméj epoki, równie prawie jak tamten popularnego w Europie. Chcemy tu mówić o Waszyngtonie Irwingu, który przynajmniéj nie naśladował nikogo. Człowiek ten bierze zkąd nie bądź, byle nie z przed siebie. Błąka się po Hiszpanii, Anglii, Hollandyi, Niemczech, Francyi, opowiada stare podania w sposób lekkomyślny, nadrabia humorem gdzieby uczucia potrzeba, i wszędzie czuć go parweniuszem, zazdrosnym tradycyi, a nie umiejącym ich cenić. Co do tego ostatniego względu, uderzającą jest rzeczą zwrot pisarzy amerykańskich młodszego pokolenia. Okoliczności zmieniły się nie mało. Dziś Ameryka zanadto się już oddaliła od Europy, żeby jéj przebaczyć nie miała niektórych jéj wyższości moralnych. Tradycye téj ostatniéj, arystokratyczność, że się tak wyrażę jéj pochodzenia nie dzisiejszego, zasoby pamiątek jéj domowych, z których wieje tyle uroku, wprawiają w mimowolną zadumę niejednego z jéj myślicieli. Szukają: coby tu podstawić na miejsce ich braku? i trafiają rozmaicie. — „Szanujmy grobowce chwały dawnych władców téj ziemi, — „woła W. Cullen Bryant — „szlachetny to był ród tych, co przepadli wraz z dziewiczemi lasy. Na zgliszczach to przeszłości ich odwiecznéj, na ziemi utworzonéj z prochu ich pokoleń, pobudowaliśmy nasze miasta wczorajsze. Przywłaszczyliśmy sobie ich dziedziny, ziemia ich jest naszą ojczyzną, z ich źródeł zaspakajamy pragnienie, z ich zagona chleb się nam rodzi, cień drzew sadzonych ich dłonią chroni nas od skwaru. Wydarliśmy im wszystko, szanujmy przynajmniéj ich mogiły!” — Niepodobna omylić się na znaczeniu tych wyrazów. Jest to postęp cywilizacyjny, przywiedziony do skruchy, na samą myśl osamotnienia jakie sobie zgotował. — Są znowu tacy, którym duszno w surowych powijakach purytańskiéj hypokryzyi, czy téż nazbyt wolno w tym braku jakiejkolwiek wiary obowiązującéj, udającym tolerancyą. Ci mają jakby przeczucie naiwnego średniowiecznego katolicyzmu, który powleka ich utwory kolorytem rzewnéj jakiéjś, mglistéj, zadumanéj tęsknoty. Nathanniel Hawthorne podobny jest do wędrowca ewangielicznego, siadającego w bramach miast i u wiejskiego kołowrota, i nieustannie będącego w podróży. Wszędzie niesie on z sobą swoje pełne tajemniczości parabole, nieco monotonne, a które się kręcą w niezbyt obszerném kółku klasztornego jakiegoś mistycyzmu, przypominającego średniowieczne upodobanie w tańcach śmierci. — Inni znowu, jak Longfellow, czują potrzebę wprost zapożyczyć się od staréj Europy. Dość zacytować Ewangelinę i Złotą Legendę. Longfellow jest pisarzem znakomitego znaczenia, i dla tego kierunek który obrał, może pociągnąć za sobą dość ważne następstwa w dalszym rozwoju literatury Amerykańskiéj. Zdaje się on ulegać wpływowi Emmersona, który jest wychowańcem filozofii niemieckiéj (Nowalis), ale i bez tego, umysł ten głęboko komtemplacyjny, byłby zaszedł tam, gdzie się teraz znajduje. Wychowywał się on w Europie, i odbywał podróże po Szwecyi j Danii. Zna wybornie literaturę francuzką i hiszpańską i nawet trudni się ich wykładem. Okoliczności te łatwo tłumaczą wpływ któremu uległ. Mglista poezya Północy wykołysała do słodkiego dumania umysł jego, z natury tęskny i łagodny. Stare podania, miejsca pełne wspomnień, wspaniałe katedry, zwaliska zamków, z całym swoim urokiem średniowiecznym utkwiły w téj pamięci, tak chętnie rozglądającéj się po za sobą. Ztąd i kreacye Longfellowa noszą cechę wrażeń, które umysł jego przechował. Elsya, Ewangelina, są to istoty pochodzenia czysto Skandynawskiego. Charakter téż poezyi jego, nie wyłączając nawet formy, zdradza miejsca rodzinne. Zarzucićby jéj można sentymentalność zbyt naiwną i jakąś melancholiczną monotonię. (w ogóle pisarze amerykańscy grzeszą brakiem urozmaicenia), ale trzeba miéć na względzie, że to roślina przesadzona z pod obcego nieba, musi zatem przycierpiéć nieco, zanim znowu sama sobą żyć zacznie. Co do przedmiotów które poeta osobliwie upodobał, w tych widocznie przeważa żywioł katolicki, idea bezwarunkowego poświęcenia, cichej rezygnacyi, spokoju duszy opartego na wyrzeczeniu się siebie. — Tak więc, najznakomitszy dziś poeta Stanów Zjednoczonych, jest tylko przybraném dzieckiem Ameryki, zrodzoném z matki Europy, któréj z miłością zawdzięcza piérwszy pacierz nauczony, piérwsze abecadło. Chętnie on, po opustoszałych przestrzeniach natury pierwotnéj, towarzyszy wygnańcom europejskim, prześladowanym przez amerykańską filantropię, lub kołysze się podaniami wieków średnich, których wiarę naiwną, namaszczenie ducha i tajemniczą cudowność, nietylko zrozumiéć, ale i wypowiedziéć potrafił. Z téj utylitarnéj prozy życia, która go zewsząd otacza, lubi on, że się tu wyrazimy słowy wielkiego Mickiewicza „wybiegać za wioski granice”, albo uciekać w przeszłość.

Od niego wprost już jest przejście do Edgara Poe, który uciekł nierównie daléj jeszcze, bo w mgliste krainy ducha, gdzie przestrzenie nie mają krańca, tak jak przeszłość początku. Extatyczny sposób zapatrywania się jego na życie ziemskie, silnie zdaje się być związany z burzliwém niesłychanie chciwem wiedzy, a głęboko analityczném usposobieniem tego dziwnego ducha. Dlatego, zanim przystąpimy do rozbioru pism poety, pozwolimy sobie przebiedz najprzód jego niespokojne, pełne szalonych wrażeń, zbyt gwałtownie płonące życie, które dlatego może zgasło przedwcześnie. A może téż, w samą porę zdmuchnęła Opatrzność tę gwiazdę świetną, uprzedzając, żeby się nie wyłamała z warunków zwykłego rzeczy porządku, i nie stała zgubną sama sobie. I w istocie, człowiek podobny mógł tylko skończyć jak Alfred de Musset, jeśli nie jak Gerard de Nerval.

II

Edgar Poe urodził się w Baltimore, w r. 1813. Powiedziéćby można, że usposobienie do ekscentrycznego, wichrowatego życia, miał sobie przekazane dziedzictwem. Ojciec jego, snadź także szaleniec niepośledni, pokochał ogniście niejaką Elżbietę Arnold, aktorkę angielską, wielkie nic dobrego swojego czasu. Będąc synem zasłużonego generała i jedynym potomkiem bardzo szanownéj rodziny, nie mógł liczyć w tym względzie na pobłażanie niczyje. Dlatego, nie radząc się nikogo, ani się zastanawiając długo, wykradł młodą awanturnicę, uciekł z nią i pojął za żonę. Wkrótce, czy przyciśnięty potrzebą, czy téż idąc za popędem jednego z tych dziwacznych zachceń, którym chętnie hołdował, wszedł do teatru i począł występować publicznie, z niewielkiém jednak jak się zdaje powodzeniem, gdyż nędza towarzyszyła mu wszędzie, gdzie się ruszył. Wreszcie na uwieńczenie wszystkich szaleństw karnawałowego swego życia, umarł wraz z żoną, zostawiając w najostatniejszém opuszczeniu troje drobnych dzieci. Ludzie litościwi porozbiérali sieroty. Edgara wziął niejaki Allan, zamożny negocyant z Richmondu, ponieważ dziecię piękne jak aniołek, bardzo podobało się jego żonie. Bylito ludzie bezdzietni, umyślili zatém przysposobić za syna małego sierotę, i odtąd zaczął się on nazywać Edgar Allan Poe. Zrodzony wśród namiętnych szałów życia awanturniczego, wykarmiony na tułaczce i gwałtownych przeprawach, wreszcie pchnięty w nędzę i osamotnienie, i nagle wyniesiony do dostatków, pośród pieczołowitych starań któremi go otoczono, zapamiętał wszystko, z wszystkiego sobie zrobił użytek, i wyprzedzając lata, począł się rozglądać po świecie, przedwczesny ciekawiec, z natury chciwy wiedzy, wrażeń i użycia. Wkrótce z przybranemi swemi rodzicami odbył podróż do Anglii, Szkocyi i Irlandyi, i umieszczony na pensyi u niejakiego doktora Bransby w Stoke-Newington blizko Londynu, przebył tam lat parę, dając dowody nadzwyczajnych zdolności. Wrócił do Richmondu mając lat 9, i uczył się daléj pod kierunkiem najlepszych nauczycieli. W trzy lata potém wszedł do uniwersytetu w Charlotteswille, gdzie zadziwił wszystkich niesłychaną swoją zdolnością do matematyki i nauk przyrodzonych; ale więcéj jeszcze przedwczesném a szybkiém dojrzewaniem, wreszcie gwałtownemi namiętnościami, któremi znagła wrzéć zaczęła ta osobliwsza natura. Wypędzony ztamtąd dla gorszącego życia (miał lat 12), wrócił do domu, ale nie na długo. Rozpusta, gra w karty i długi, poróżniły go wreszcie z przybranym ojcem. Z nagła świeżo wybuchłe powstanie Grecyi, rozżarzyło umysł zapaleńca: przedsięwziął udać się tam, w celu przyłożenia ręki do poparcia słusznéj sprawy. W tém miejscu następuje dziwna przerwa w szczegółach jego życia; żaden z jego biografów zapełnić jéj nie umié. Zapowiadano nieraz w dziennikach amerykańskich bliższe objaśnienia w tym względzie, historyą przygód, nawet korrespondencye Edgara z téj epoki, — ale nigdy jakoś nie przyszło to do skutku; snadź wypadki musiały być drażliwe nieco. Koniec końcem, ni ztąd ni z owąd, zamiast w Grecyi, znajdujemy go w Petersburgu, na bruku, bez pasportu, wplątanego w jakąś niezbyt czystą sprawkę, i w skutek téj zmuszonego odwołać się do ambasadora amerykańskiego, dla uniknienia surowości praw rossyjskich, i uzyskania możności powrotu do swego kraju. Wróciwszy tam w roku 1829 (szesnastym swego życia), zdaje się, że miał czas jakiś szczere postanowienie ustatkowania się nieco, wprosił się jakoś do szkoły wojskowéj w West-Point, i wkrótce począł znowu wprawiać w zdumienie olbrzymiemi postępami, jakimi zdobywał naukę; ale wtém, chwilowo tylko uśpione instynkta rozpusty, ocknęły się w nim z większą jeszcze niż wprzódy gwałtownością, i w skutek tego znów został wypędzony z zakładu. Jednocześnie zaszły okoliczności, które na życie jego wywarły wpływ stanowczy. Zdaje się, że od ostatniego poróżnienia się z swoim ojcem przybranym, przestał miéć u niego względy jakiekolwiek. Stosunki całkiem ochłódłe, spajała jeszcze jakotako pani Allan, która istotnie kochała Edgara sercem matki — najwięcéj przebaczającém na świecie. Teraz i ten węzeł pękł z jéj śmiercią. Allan zamierzył ożenić się po raz powtórny. W tém miejscu przypada drugi mglisty ustęp w życiu Edgara, którego podobnież nikt z jego biografów nie jest w stanie rozświetlić dostatecznie. Obawiamy się powiedziéć zawiele, z różnych jednak względów wnosićby można, że pomiędzy młodym szaleńcem a narzeczoną przybranego jego ojca, istniały stosunki, przypominające tyle znaną sytuacyę Don Karlosa. Nic zatém dziwnego, że się nareszcie rozeszli stanowczo. Miał téż Allan niebawem dziecko z swojéj żony, i Edgar ujrzał się w końcu wydziedziczonym całkowicie. W tych okolicznościach wydał na świat niewielki zbiór poezyj: była to piérwsza jego praca. Utwory te nie znalazły powodzenia. Wiotkie i przejrzyste jak obłoki, fantazye te, dziwnie miękkiego, świetlanego kolorytu, po większéj części nawet obrazy tylko o niepewnych zarysach, gdzie rozpływają się i zléwają idee harmonii najoderwańszych, ułamki teoryi o zamiłowaniu piękna, i platońskie tęsknoty duszy do ukochanego ideału, nie mogły żadną miarą znaleźć uznania, jakkolwiek zdradzały już przyszłego mistrza. Przyciśnięty niedostatkiem wszedł do wojska, ale nieszczególny to musiał być żołnierz, skoro przedewszystkiém nie potrafił walczyć z sobą. Raz włamawszy się w krainy ducha, trawiony gorączką odkryć wśród ciemności, niespokojny i marnotrawny duch ten, rozpustę z życia przeniósł do umysłu, i począł żyć sam z sobą, rozmyślając ponuro a niesfornie, nurtując po głębiach, lub wylatując jak rzadko dano komu. Nie czując się jeszcze dość oderwanym od rzeczywistości, czy téż znajdując, że nie widzi wkoło siebie dość jasno, począł podsycać sobie wyobraźnię gorącemi napojami. Niebawem przeszło mu to w nałóg, z nałogu w nadużycie, bo człowiek ten nie umiał nic robić w miarę; i oto, widzimy go znowu wypędzonego z wojska, w nędzy i ostatniém poniżeniu. Próbował pisać, ale odpychano obdartego szaleńca, który zdawał się już nie miéć nic wspólnego z rozsądkiem. Miał już zginąć marnie pod ławą którejkolwiek szynkowni, albo w piérwszym lepszym rynsztoku, gdyby nie najpocieszniejszy w dziedzinie sądu o sztuce wypadek. Właściciel któregoś z przeglądów, naznaczył był dwa premia do konkursu: jedno za najlepszą powieść, drugie za poemat. Edgar dostarczył jedno i drugie, ale napróżno naprzykrzał się o przyjęcie rękopismów — gadać z nim nawet nie chciano. Wreszcie dla pozbycia się natręta, wzięto od niego papiéry i porzucono gdzieś na boku, bo nikt ich czytać nie myślał. Przypadkiem prezes komitetu zwrócił uwagę na piękność charakteru którym były zapisane, wziął się przerzucać je machinalnie, i zdumiał się nie mało, znajdując, że i treść odpowiadała wdziękom kalligraficznym. Na skutek tego zdumienia, nieznanemu autorowi przyznano nagrodę. Jestto zapewne wypadek nie często się powtarzający w historyi sztuki, żeby kalligrafia zaprowadziła kogo na wyżyny parnasu. Bądź co bądź, piękność form zdawała się być gwiazdą przewodnią Edgara. Niegdyś dzieckiem ocaliła go od zmarnienia, dziś jakimbądź kosztem dała go poznać światu. Kennedy, przewodnik stowarzyszenia przysądzającego premium, zapragnął zrobić znajomość z uwieńczonym autorem, który obok tego nie bazgrał jak kura. Wtedy Poe stawił się obdarty, obdrapany, ale z gęstą miną. Był zapięty aż po brodę, zapewne nic nie mając pod spodem. Kennedy ulitował się jego szubrastwa, i polecił go niejakiemu Tomaszowi White, który właśnie zakładał naonczas nowy Przegląd w Richmondzie. Ten White znalazł właśnie w Edgarze to, czego mu było potrzeba. Miał pieniądze, ale brakło mu głowy. Poe dał mu swoją głowę, i stanął na czele przedsięwzięcia, które wkrótce za jego powodem przedziwnie zakwitło. Miał wtedy lat 22. W piśmie tém (nazywało się ono „Southern Literary Messenger”) ukazały się najprzód: Nieporównane przygody niejakiego Hansa Pfaal, następnie wiele innych drobniejszych nowelli, które z kolei rozbierzemy poniżéj. Przez dwa lata zdumiewał Edgar Poe czytelników Przeglądu tego: to niezwykłą śmiałością, że nie powiem zuchwalstwem pomysłów swojéj fantazyi, to dziwną poezyą pełną tajemniczych głębi, to nareszcie niesłychanie trafnemi poglądami krytycznemi, dotykającemi najróżnorodniejszych przedmiotów, — tak dalece wielostronne zasoby posiadał umysł ten niepospolity. Zdaje się, że ciężkie próby jakie tylko co był przeszedł, zniechęciły go na czas niejaki do życia nicporządnego, kumania się z oberwańcami, kieliszka i pochmurnych dumań pośród zgiełku zakopconych szynkowni. Przyniewolony zobowiązaniem, pracował dużo, i widząc, że mu się z tém dobrze dzieje, powoli wciągnął się w obcowanie z ludźmi dobrego towarzystwa, i zamiłowanie godziwych wrażeń życia spokojnego. Wkrótce, ulegając słodkiemu wpływowi tych nieznanych sobie dotąd rozkoszy, pokochał młodą, pełną zalet osobę, i zatęskniwszy do cichego domowego szczęścia, zapragnął zrobić z niéj sobie towarzyszkę dozgonną. Wirginia Cleram było nazwisko téj pięknéj, dobréj, łagodnéj, ale nadewszystko jak się zdaje wielce odważnéj, i przeto godnéj lepszego losu kobiéty, która nie zważając na przeczucia matki, skłoniła się powierzyć swą przyszłość Edgarowi. Nie można wiedziéć jak długo była szczęśliwą z owym cudakiem, najmniéj podobno stworzonym na męża, — to tylko pewna, że właściciel Przeglądu zaczął z nim mieć wkrótce życie mocno cierniowe. Pióro w kąt poszło — Przegląd począł nie miéć redaktora. I przykro powiedzieć, ale wcale to nie dla młodéj, pięknéj i słodkiéj jak aniół żony, wcale nie dla cichego, pełnego powabów szczęścia domowego, ani choćby tylko przez grzeszne lenistwo, zaniedbał Edgar tych przyjętych na siebie, a tak z godnych z swojém powołaniem zobowiązań. Dwa lata trwał już ten nowy powrót marnotrawcy na drogę porządnego życia — było to długo — zadługo nawet jak na niego. Złe popędy kipiały sobie w cichości i szukały tylko powodu do wybuchu. Właśnie w tym czasie napisał był osobliwszy poemat pod napisem Kruk. Powodzenie tego utworu, czy téż zadowolnienie, że mu się udał, sprawiło, że w przystępie radości, poszedł po staremu upić się na potęgę, i wracał do domu najcelniejszą ulicą New-Yorku, czepiając się ścian i zataczając na przechodzących. Z kolei wróciły znowu nocne hulanki, butelka i karty, stosunki z wesołemi dziewczętami, wycieczki po szynkowniach, przeplatane rynsztocznemi przygody. Właściciel Przeglądu zmuszony został odjąć mu wreszcie jego redakcyą, a z nią i 500 dolarów, ściśle z nią związane. Zostały mu tylko obowiązki w osobie żony, która nie wniosła mu wprawdzie nic prócz serca, ale téż tego serca i nie odebrała, choć mogła to zrobić, przekonawszy się jak je umieściła lekkomyślnie. W tém miejscu rozpoczyna się nowy peryod życia Edgara. Błędne, cygańskie, koczujące, wichrowate, pełne przygód, pełne silnych wrażeń wałęsanie się po świecie, z którego nie odpocznie już aż w mogile. Widzimy go po wszystkich zakątach Stanów Zjednoczonych. Przenosi swoje manatki od miasta do miasta; bywa pod wozem, ale bywa i na wozie. Pije, poniewiera się; pracuje gorączkowo, wypływa, dobrze mu się dzieje, znów wpada w błoto, znów redaguje jakiś przegląd. Raz bywa obdarty, drugi raz modnie ubrany; tu napisał coś wielbionego powszechnie; tam ścigają go za długi; owdzie widziano go leżącego w rynsztoku. Wpośród tych dziwnych kolei losu, tworzy on i puszcza w świat szereg prac najróżnorodniejszych: diatryby filozoficzne, rozbiory, poezye, estetyczne studya, ale mianowicie nowelle, których wydaje wreszcie zbiór jednolity, pod osobliwszym napisem Dziwadeł i arabesków. Tymczasem gorszące jego życie zwraca na niego surowość opinii publicznéj. Dzienniki wymierzają mu chłostę w obwieszczeniach głoszących dużemi literami: że żona znanego powszechnie Edgara Poe umiéra na barłogu z głodu i nędzy. Nieszczęśliwa istotnie wkrótce potém cierpiéć przestała. Czy na skutek rozpaczy jaka go ogarnęła po jéj stracie, czy wyrzutów, któremi go zewsząd z tego powodu obrzucano publicznie, czy nareszcie jako nieuchronne następstwo nadużyć rozpusty, a najpewniéj z tych trzech przyczyn razem połączonych, dostał Edgar napadu szaleństwa. Ale bo téż i było oszaléć od czego. Zapewne mało kogo zapozwano przed sąd równie surowy, mało kogo przygwożdżono do równie obelżywego pręgierza. Odtąd, cobądź przedsięwziął, potępiano bez litości. Gdziebądź się zwrócił, odtrącano go z pogardą; dokądbądź uciekł, wszędzie wysyłano w ślad za nim głos nieubłagany, jakim niegdyś Bóg widzący, ścigał Kaima. Bezwątpienia winy były wielkie, ale téż i miłosierdzie wielkie być powinno. — Przez czas jakiś po tych wypadkach, Edgar jakby wpadł w wodę. Zapewne, przebywszy przełom obłąkania, długo bardzo przyjść do siebie nie mógł. Zdaje się, ze ówczesny to stan swéj duszy kréśli on w jednéj z późniejszych nowelli swoich, noszącéj napis: człowiek tłumu. Przerażające jakieś rozdwojenie ducha, spotęgowywa i tak już okropne wrażenie tego studyum psychologicznego. Autor tylko co wyszły z silnych organicznych wstrząśnień, rozpatruje się wkoło siebie, i mimowolnie idzie w ślad za jakimś człowiekiem, który ani na chwilę nie może pozostać samotny. Mówi o nim jak o osobie drugiéj, ale czujemy dowodnie, że to on sam jest tym nieszczęśliwym, nieubłaganie pędzonym z miejsca na miejsce, a nie mogącym nigdzie znaleźć spokoju. Słowa prawdy, któremi zakończa ten mistrzowski ustęp, przeszywają dreszczem. — „Człowiek ten,” — powiada on, — „wszędzie nosi z sobą swoję zbrodnię. Napróżno gonić za nim — na co się zdało, uczyć się o nim czego jaśniejszego? Osobliwsze to miłosierdzie Boże nad niewinnością, że serca podobne nie łatwo czytać się dają.” — Zdaje się, że zniechęcony do świata i życia, czas jakiś przepędził w najzupełniejszém odrętwieniu ducha, nic nie tworząc, czy téż tylko nie dając nic wiedziéć o sobie. Tak przynajmniéj wnosić można z owoczesnych uwag po dziennikach, w których obwiniają go o pogardę świata, zbrzydzenie sobie stosunków z ludźmi, i bierne próżniactwo. W tém jego opuszczeniu, matka zamęczonéj Wirginii, była mu opatrznością prawdziwą. Straciwszy jedyne dziecko, nieszczęśliwa ta kobiéta, wszystkie uczucia swoje przelała na tego, którego z takiém wyrzeczeniem się siebie, kochała jéj córka. Nie małą już było rzeczą przebaczyć mu, ona uczyniła więcéj, bo zapomniała mu wszystkiego. Przybrała go sobie za dziecię swego serca, otoczyła tkliwemi staraniami, z jego szczęścia zrobiła sobie cel życia. Trzecia to już z kolei matka, którą miał ten człowiek: cóż więc dziwnego, że się wychował nie tak jak przystało? Nieco się opamiętawszy, dla chleba zapewne, wziął się znów do pracy z gorączkową gorliwością. Ale już odtąd przedsięwziął nie dać się wyzyskiwać dziennikarzom, do których miał nie jednę krwawą urazę. Żeby się módz obejść bez nikogo, zapragnął miéć swój własny Przegląd, i dla uzbiérania sobie potrzebnego na to funduszu, ogłosił publiczne wykłady. Rozpoczął je w New-Yorku, czytaniem i kommentowaniem Eureki, wielkiego filozoficznego poematu, rozwijającego pomysły kosmogoniczne. Nowe to zjawienie się Edgara, ściągnęło mu chmary słuchaczy. Pod wrażeniem uciech z tego powodu, począł znowu pić bez pamięci. — Nie wiadomo co go skłoniło porzucić wreszcie New-York, gdzie mu się tak dobrze dziać poczęło. Widzimy go znowu wałęsającego się po Wirginii od miasta do miasta, i wszędzie urządzającego wykłady. Liczył w tém podobno na poparcie dawnych swoich zwolenników i towarzyszy szkolnych z Charlottesville i West-Point, co go téż i nie zawiodło. Przybywa wreszcie do Richmond, pociągnięty wspomnieniami lat dziecinnych. Przyjmują go tam z uniesieniem, witając w nim zaszczyt ziemi która go wydała. I zaprawdę szczycić się nim wtedy było można. Jakoś ustatkował się był zupełnie, wypiękniał, wyszlachetniał. Przypuszczają nawet niektórzy, że się dał wciągnąć do towarzystwa wstrzemięźliwości. Zdaje się, że około tego czasu począł także myśleć o powtórném ożenieniu, zwłaszcza, że znalazła się druga na świecie kobiéta, równa w odwadze, niedawno temu zmarnowanéj Wirginii. Szczęściem Pan Bóg nie był się jeszczeod niéj odwrócił. Było już po zapowiedziach, kiedy ktoś z przyjaciół spotkawszy narzeczonego, począł mu winszować tego, jak mówił, ze wszechmiar szczęśliwego wyboru. Na te słowa Edgar spochmurniał i zamyślił się złowrogo. Być może, że wspomnienie biednéj, zbyt wcześnie zmarłéj, zbyt szybko zapomnianéj Wirginii, przesunęło się jak mglisty obłok po jego umyśle. — „Nie winszuj mi,” — rzekł przyjacielowi, — „dopóki się nie przekonasz, żem się istotnie ożenił.” — Powiedziawszy to, wszedł do piérwszéj z brzegu szynkowni, upił się po staremu, i wprost ztamtąd udał się w odwiedziny do swojéj narzeczonéj, która ma się rozumiéć, jeśli wyszła do niego, to zapewne tyle tylko, ile potrzeba było, żeby go pożegnać raz na zawsze. Ułatwiwszy się w taki sposób z przyszłém swojém szczęściem domowém, rozpoczął odczyty o pierwiastku poetycznym w których rozwija teorye estetyczne, nieco trudne do przyjęcia za pewnik. — „Cel poezyi,” — powiada tam, — „ma być téj saméj natury, co jéj źródło; nie powinna zatém miéć na względzie nic innego, nad siebie samą.” — Paradoks ten umiał on przyoblec w najpowabniejsze formy, a popiérając go niewyczerpaną swoją erudycyą, nadał mu pozory pociągającego przekonania, do czego miał talent sobie tylko właściwy. To tłumaczy, dlaczego odczyty te były może najwięcéj uczęszczane ze wszystkich, które był dotąd otworzył. Zachęcony tém przyjęciem, zamierzył położyć wreszcie kres dalszym objazdom, i osiąść w Richmondzie, na resztę życia. Ale miał jeszcze coś do załatwienia w New-Yorku, więc puścił się w drogę, nie zważając, pomimo przestróg przyjaciół, na niezbyt pewny stan swego zdrowia. Przybywszy wieczorem do Baltimore, uczuł się gorzéj jeszcze; kazał zanieść swoje rzeczy do dworca kolei idącéj do Filadelfii, a sam wstąpił do szynkowni, napić się czego pokrzepiającego. Zdaje się, że pokrzepiał się tam, zwyczajem swoim, nieco zanadto; gdyż dnia następnego, o brzasku dziennym, znaleziono go bez znaku życia na bruku ulicznym. Musiano go obedrzéć podczas nocy, bo nie było przy nim ani pieniędzy, ani papierów żadnych, i dlatego zrazu nie można się było dowiedziéć nawet, kim był w istocie. Ktoś z przechodzących poznał nieszczęśliwego. Dotrzeźwiono się w nim życia, i zaniesiono do najbliższego szpitala, ale tam skonał niebawem, w konwulsyach tak zwanego delirium tremens. Stało się to 7 października 1849 r. Miał wtedy Edgar lat 37. Dziwnym zbiegiem wypadków umarł w miejscu swego urodzenia, tak jak zakończył także swoją karyerę literacką w Richmond, gdzie ją był rozpoczął. —

Życie tego osobliwszego człowieka, jednego z najświetniejszych myślicieli swego czasu, życie tak dziwacznie pozapełniane, tak gorączkowo, tak niemiłosiernie pośpieszne, tak rozpasanie rozrzutne, tak zużyte aż do nadużycia, tak szybko pozbyte, a o którém nie można jednak powiedziéć, żeby było zmarnowane — daje wiele do myślenia. Zaledwie uwierzyć można, że trwało tylko lat trzydzieści kilka. Miał Edgar zwolenników zagorzałych, miał i zapalczywych nieprzyjaciół. Piérwsi usiłowali go zrobić przeczystą ofiarą na ołtarzu ludzkości, drudzy gorzéj go jeszcze mieszali z błotem, niż się sam mieszał. Walka pomiędzy niemi przeżyła nawet poetę. Co do nas, nie oszczędzaliśmy go w szczegółach jego życia, ale go téż i kamienować nie myślimy. „Chcąc mnie sądzić, nie zemną trzeba być, lecz we mnie,” powiedział to niegdyś wielki żeglarz do towarzyszy usiłujących odwieść go od niebezpieczeństw burzy; „ja płynę daléj, wy idźcie do domu!” I potém jeszcze: — „wielkie serca... są jak ule zbyt pełne. Miód ich zapełnić nie może, stają się gniazdem jaszczurek.” — I czyliż należy wymierzać drogi meteorom, według teoryi wiecznie jednostajnego ruchu, jakiemu podlegają planety? Miał Byron wszystko co zapełnić może zwyczajne życie: blask urodzenia, otwartą drogę do dostojeństw, bogactwa, powodzenie w świecie, a przecież zerwał z siebie te wszystkie ozdoby, i podeptał je z pogardą; bo właśnie, „to były grzechy jego żywota.” Lat temu nie wiele, pewnego mglistego poranka, na jednéj z najplugawszych ulic Paryża, znaleziono zwłoki młodego człowieka, powieszonego na kracie od okna. Byłto Gerard de Nerval. — Dlaczego? Zkąd mu się to wzięło? — spytał wtedy nie jeden z tych, co go widzieli nieraz świetnym, wesołym, lubiącym świat, co żyli z nim zblizka, co go niby znali. Niedługo potém, Alfred de Musset, ten płomienisty burzyciel, zgasł dnia pewnego dość nagle. — Co mu było? tak młody! pewnie chorował? — Nie, truł się powoli, aż się i dotruł. — Na wieść tę obudziła się nawet Akademia, któréj był drzemiącym sekretarzem. Niegdyś Hejne, ów najsmutniejszy z humorystów, ile razy mówił o Alfredzie, nazywał go zawsze, „ce jeune homme d’ un si beau passé”. On jeden go rozumiał, on, co się sam zapijał na śmierć szyderstwem, tak jak tamten piołunówką.