Ile razy przemknął taki wóz życia i umilkły głuche, toczące się po polanach i uderzające o ścianę lasu odgłosy huku kół, w pustkę tych miejsc natychmiast zapadały dziwne przenikliwe akcenty smutku, i zmieszane z cichym skowytem wiatru kołatały do niezamieszkałych domostw i zaryglowanych okiennic, wołając:
— Czemu tu niema ludzi, czemu niema ich trosk i radości?
W czerwcu, lipcu — przybłąkiwał się w te strony cień życia, kolportowany przez kilkudziesięciu mieszczuchów. Oczywiście był to cień tego odrębnego życia, jakie pojawia się w miejscowościach letniczych. Tchnie ono tymczasowością, czemś sztucznem, czemś co mówi o nietrwałości związku pomiędzy ludźmi i miejscem, o tem, że ludzie nie zostawiają tu cząstek swych serc, że ani ich poważne sprawy życiowe, ani uczucia nie zapuszczą tu nigdy korzeni.
Taki stosunek miejsca do ludzi daje się poprostu wyczuwać nawet u rzeczy martwych i milczących. Już same te domy tutejsze, a właściwie baraki drewniane w niewybrednym smaku, wewnątrz tak niegościnnie i nieswojo wyglądające z nagością ścian i swemi śmiesznemi meblami, zdaje się, iż spoglądają na nas obojętnie, a nawet nieżyczliwie.
— Wiemy, wiemy, jak to jest na świecie. Oto trzy ćwierci roku siedzimy same; pies nawet w pobliżu nie zaszczeka. Teraz wpadli jacyś ludzie, niewiadomo skąd i poco. Oni nie mają dla nas najmniejszej życzliwości, wyśmiewają się, porównywają ze swemi wygodnemi i zacisznemi mieszkaniami w miastach. Za pierwszym podmuchem jesieni umkną bez dobrego słowa, bez żalu, wołając urągliwie: Byle prędzej wydostać się z tej dziury!
Rzeczom niekochanym niepodobna jest przywiązywać się do ludzi, gdy naodwrót te, które kochamy, potrafią (niesłusznie miano martwych im dajemy) tysiącznemi sposoby okazać nam swoją miłość, swoją o nas pamięć. Radzę wam wziąć to pod uwagę, byście mogli, gdy ludzie miłość waszą poranią, zwrócić ją ku rzeczom. Zawierzcie mi, iż domy i sprzęty, nie mówiąc już o drzewach i kwiatach waszego ogrodu, zdolne są ukochać was tkliwie i wiernie.
Przed kilkunastu laty, N., jako miejscowość letnicza, miało dobre swe chwile. Sprzyjało mu jakiś czas powodzenie, moda. Dobijano się o mieszkania. Lasek tutejszy, posiadający ubogą roślinność i pozbawiony ptastwa, roił się zato od pięknych kobiet. Na zasłanej opadłym igliwiem murawie wypoczywały liczne towarzystwa, pstrzyły się w różnej porze dnia eleganckie gałganki, batysty i zefiry, wykwintne bluzki, szlafroczki, spódniczki, pełne letniej jasności. Falą przelewała się kokieterya kobieca, zastosowana do tła i swobody lasu. Było gwarno, grywała muzyka.
Trwało to niedługo. Znaleziono miejsca nierównie powabniejsze od tej niziny, mającej za cały swój strój przetrzebioną sośninkę, i nudne, rzadkiem, wątłem żytem okryte pola.
Teraz przybywa tu na lato kilkanaście mniej zamożnych rodzin żydowskich i niekiedy jaki emeryt.