Budynek szkolny, stojący mniej więcej w środku wsi na obszernym, piaszczystym placu w pobliżu kuźni gminnej, składał się z głównej, dość przestronnej, lecz niskiej sali, w której na środku stał słup podtrzymujący pułap; dalej była sień i szczupły alkierz66, służący na przechowywanie ksiąg i aktów gminnych. W sali przy ścianie naprzeciw drzwi wchodowych67 stał na stopniach stół dla nauczyciela; wzdłuż ścian bocznych rzędy ławek; nieco ku tyłowi na sztalugach duża czarna tablica, przy słupie zaś, na którym przybita była biała kartka z narysowanym osłem, tak zwana „ośla ławka”; wreszcie na ścianie obok drzwi wisiał spory krzyż z figurą Zbawiciela, którego stopy każde z wchodzących na salę dzieci szkolnych musiało ucałować po uprzednim pochwaleniu Pana Boga, czego ojciec bardzo przestrzegał. Nauka rozpoczynała się zawsze stosowną pieśnią czy modlitwą, do której za przykładem nauczyciela wszystkie dzieci klękały, po czym po skatalogowaniu uczniów i uczennic odbywała się nauka. Żydowskie dzieci do szkoły tej przystępu nie miały.
Między uczniami było wielu niesfornych nicponiów; żeby ich utrzymać w przyzwoitym zachowaniu, wyznaczał ojciec zwykle jednego ze starszych, wzorowo sprawujących się uczniów, który, wziąwszy do ręki długi łozowy68 pręt, chodząc po sali szkolnej, każdego schwyconego na „psikusach” zbytnika kijem tym namacalnie sięgał i do porządku przywracał. I dziwić się tej metodzie nie trzeba, niesforność bowiem niektórych chłopaków przechodziła wprost miarę; oto np. jeden z nich, syn miejscowego kowala, idąc do szkoły, zabierał z sobą szydło, którym siedzących najbliżej siebie współuczniów „macał” po łydkach... Do takich niepoprawnych szkolarzy stosowano chłostę.
Oprócz czytania, pisania, rachunków i rysunków uczyły się dzieci także śpiewu, ku czemu sprowadził ojciec parę śpiewników z nutami. Żadna z tych pieśni nie zachowała się w całości w mej pamięci, niektórą wszakże zwrotkę zapamiętałem do dzisiaj. Dzieci śpiewając na przykład:
„Nauczyciel dobrze prawi,
Że w pracy nagroda,
Niech go Pan Bóg błogosławi,
Żegnać nam go szkoda,
Dana, dana, dana!
Żegnać nam go szkoda!”
ostatni wiersz zwrotki odśpiewywały z mocą i ochotą właściwą swemu wiekowi. „Dana, dana, dana!” brzmiało donośnie w takt dźwięku młotów w pobliskiej kuźni, wywołując uśmiech radosnego zadowolenia na każdej twarzy. Przesadnego wykrzykiwania tego „dana, dana, dana!” ojciec bynajmniej nie ganił, wychodząc z założenia, że ochota taka ożywia młodociane umysły i do tym większej pilności w nauce pobudza.