Polak radzi Polakowi,
Ojciec w darze śle synowi”.
Napis ten tak się mi podobał, że wyraziłem życzenie posiadania jego kopii, co też hrabina własnoręcznie na białej kartce jednej z ofiarowanych mi książek wypisała.
Nie mogę się wstrzymać, żeby na tym miejscu nie wyrazić zacnej tej Pani gorącej wdzięczności za to serdeczne ciepło, jakim mnie, prostego, ubogiego chłopa, w swym domu darzyła. Zawsze uśmiechnięta, brała mnie pod ramię i prowadząc od przedmiotu do przedmiotu, z pokoju do pokoju, objaśniała celniejsze dzieła i zabytki, zapisując objaśnieniami tymi całe arkusze papieru.
Zobaczywszy się jeszcze z Prezesem Akademii Umiejętności i podziękowawszy mu za względy, obdarowany w końcu stosem książek, wyjechałem do domu, uwożąc z sobą miłe wspomnienia, połączone z serdecznym uczuciem wdzięczności dla czcigodnych tych osób.
VIII
Mój ożenek. Pożar Wielowsi. Pierwsza nieruchoma własność. „To wszystko łyżki żuru niewarte”. List Żyda-skórnika.
W parę miesięcy później, 19 stycznia 1897 r., w kościele parafialnym w Wielowsi odbył się mój ślub z Gertrudą Wrykówną, ubogą dziewczyną, sierotą po obojgu rodzicach. Żonę sprowadziłem do Wielowsi, gdzie wraz z rodzicami mymi zamieszkiwaliśmy, wynajęty od paru lat za czynszem od miejscowego dworu, dom.
W maju 1898 r. wybuchł w Wielowsi wielki pożar, część wsi w perzynę obracając. W pożarze tym spłonął także zamieszkiwany przez nas dom, a wraz z nim część skromnego naszego mienia.
Wielki ten pożar spowodowany został przesądem jednej z gospodyń, która zakupiony od wynoszącego się do Ameryki Żyda dom postanowiła wykadzić ziołami, podobno w celu „wypędzenia złych duchów”. Podczas tego „kadzenia” zajęła się pajęczyna, od pajęczyny strzecha, wreszcie cały dom stanął w płomieniach, a silny wicher wyrywając płonące snopki ze strzechy, unosił je na słomiane dachy dalszych zabudowań, miejscami nawet na tysiącmetrową odległość. Tak więc przez zabobon nieopatrznej kobiety „wykadzonych” zostało dokumentnie około 50 domów wraz z zabudowaniami gospodarczymi.