Bałdon uważnie patrzył mi w oczy.
Mój oficer, leżący obok, szepnął do mnie:
— Przypomina mi to jedną ze scen Sienkiewicza: „Chmielnicki u Tuhaj-beja”. Domożyrow — Chmielnicki, ten Mongoł — Tuhaj.
Mimo woli uśmiechnąłem się na to trafne porównanie. Fala krwi uderzyła na twarz Bałdona.
— Po coście tu przyjechali? — zapytał chrapliwie.
Puściłem dym i po chwili spokojnie odpowiedziałem:
— Kim jesteś i jakim prawem zapytujesz?
— Jestem książę Bałdon, moje imię zna każdy Chińczyk i drży przed nim! — odparł wyniośle.
— Nie jestem Chińczykiem. Chin nie znam, imienia twego nigdy nie słyszałem. Jestem synem wolnego i walecznego narodu i nie mam zwyczaju drżeć przed kimkolwiek. Przyjechałem do naczelnika rosyjskiego w ważnych sprawach i z nim tylko będę o nich mówił.
Mongoł milczał, w oczach Domożyrowa było zdumienie. Wypaliłem fajkę i już nic nie mówiąc, położyłem się.