Przy tych słowach nagle roześmiał się głośno. Jego zuchwała zwierzęca twarz wydała mi się dziwnie wstrętna. Ukłoniwszy się, wymówiłem swoje nazwisko i kazałem ruszać.
— Przepraszam! — zawołał kapitan i znowu zagrodził ułaczenom89 drogę. — Nie mogę puścić pana dalej. Mam z panem bardzo dużo do pomówienia w ważnej sprawie. Jestem zmuszony zawrócić pana do Dzain-Szabi.
Protestowałem, pokazując pismo pułkownika Kazagrandiego, lecz oficer przerwał mi zimnym głosem.
— Pisać listy to rzecz Kazagrandiego, a zmusić pana do powrotu do Dzaina jest moją sprawą. Proszę teraz oddać mi broń!
Uczynić tego nie chciałem nawet w razie, gdyby mi groziło niebezpieczeństwo.
— Niech mi pan powie szczerze — rzekłem z oburzeniem — czy to jest oddział walczący z bolszewikami, czy, co jest pewniejsze, czerwona banda?
— Upewniam pana — rzekł, podjeżdżając, drugi oficer, Buriat Wandałow — że jest to oddział z dywizji generała barona Ungerna. Już blisko trzy lata walczymy z Sowietami.
— Tym bardziej więc nie mogę oddać panom broni — spokojnie ciągnąłem dalej — gdyż przewiozłem ją przez kordony bolszewickie, walczyłem nią, a teraz mam być rozbrojony przez takich samych jak ja wrogów bolszewizmu? Nie mogę pogodzić się z tą myślą, panowie!
Oficerowie spoglądali na siebie ze zdumieniem i zakłopotaniem. Zrozumiałem, że mój protest nie pomoże i skorzystawszy z ich chwilowego zmieszania, cisnąłem nagle mój karabin i rewolwer do potoku.
Bezrodnow aż zzieleniał ze złości.