Na takich opowieściach dzień przemknął niepostrzeżenie. Wielbłądy szły zamaszystym kłusem, robiąc do osiemdziesięciu kilometrów dziennie. Wyjątkowo szybki w biegu był mój wielbłąd, olbrzymie, prawie zupełnie białe zwierzę o wspaniałej grzywie i o wysokich, twardych garbach, podarowane baronowi przez książąt Mongolii Wewnętrznej wraz z dwiema skórkami czarnych soboli, zawieszonymi przy uździe wielbłąda.

O sto dwadzieścia kilometrów na wschód od Orchonu spostrzegliśmy pierwszego trupa żołnierza chińskiego. Leżał w poprzek drogi w ciepłym, szarym płaszczu futrzanym z czarną twarzą o wydziobanych przez ptaki oczach i wyszczerzonych żółtych zębach. Na czole widniała straszliwa rana od cięcia ciężkiej szabli tybetańskiej. Obuwie było zdarte i z watowanych spodni sterczały czarne stopy bez palców.

Trochę dalej pośród kamieni leżało kilka trupów chińskich. Byli to gamini z oddziału posłanego z Kiachty na pomoc generałowi chińskiemu w Urdze, Czen-Y. Po utarczce z wojskami Ungerna rozproszyli się i skierowali na zachód, lecz tu dogonili ich i wytępili Tybetańczycy i Buriaci barona.

Posuwając się dalej, przeszliśmy przez grzbiet burgucki; zapuściliśmy się w równinę przeciętą rzeką Toła, na brzegu której, nieco dalej na wschód, leżała stolica mongolska, Urga.

Wkrótce trafiliśmy na szeroki gościniec, zasypany porzuconymi przez uciekających Chińczyków kożuchami, czapkami, koszulami, butami, kociołkami i innym dobytkiem żołnierskim.

O kilka kilometrów dalej, na błocie, spostrzegliśmy dużo nagromadzonych w różnych miejscach trupów ludzkich, końskich i wielbłądzich, połamanych wozów, żelaznych piecyków, kotłów i blaszanek od galetek i benzyny, kożuchów, czapek i nawet porwanych woreczków chińskich do tytoniu oraz fajek. W tym miejscu zatrzymano i zdobyto uciekające obozy oddziału chińskiego.

Straszny był ten obraz śmierci i zniszczenia obok wrzącego dokoła, budzącego się po zimie życia!

W każdej kałuży pluskały się dzikie kaczki i szkarłatne „ptaki-lamowie”; w wysokiej trawie żurawie wyprawiały dziwne skoki; na jeziorach pływały olbrzymie stada dzikich gęsi i łabędzi; na miejscach suchych szukały pożywienia, biły się i biegały dropie96; gwiżdżąc, fruwały stadka kuropatw-salg; na stokach gór wylegiwały się na słońcu wilki, rozmarzone ciepłem i wiosną.

Natura zna i kocha życie! Nie znosi śmierci i ślady jej stara się ukryć pod białą powłoką śniegu lub bogactwem zieloności i kwiatów barwnych.

Co naturze do tego, że gdzieś tam koło Czifu czy w wiosce na Yan-tse-kian staruszka-matka daremnie ofiarowuje bogom ryż i świece, modląc się o życie dla syna, którego powrotu oczekuje z dnia na dzień, nie wiedząc, że leży on tu, w dolinie Toły, zabity, sczerniały, rozszarpany i nikomu nieznany. Natura wie, że trup ten wkrótce zniknie bez śladu pod promieniami słońca, pod tchnieniem wiatru stepowego. Wspaniała jest ta zupełna obojętność przyrody dla śmierci i to umiłowanie przez nią życia we wszystkich jego przejawach!