Do świtu błąkaliśmy się z Ungernem po klasztorze. Zwiedziliśmy wszystkie świątynie, kaplice, muzeum szkoły medycznej, wieżę astrologów, miejsca różnych modłów, a gdy słońce pokazało się na szczytach gór, poszliśmy na plac otoczony domami młodych lamów i kleryków-bandi. Półnadzy tłumnie wybiegali z domów i rozpoczynali walkę poranną, szybką, ruchliwą, pełną ruchów i pozycji wymagających wielkiej siły i zręczności. Kierował tymi zapasami stary lama, który niegdyś był „bogadyrem”, co znaczy siłaczem, dumą całej Mongolii. Wzrost jego dosięgał siedmiu stóp, a gdy wsiadał na małego konia mongolskiego, to wysunąwszy nogi ze strzemion, od razu stawał na ziemi, koń zaś wyskakiwał spod niego. W młodości bez wielkiego wysiłku nosił na plecach konia. Grupa mnichów oddawała się gimnastyce oddechowej podług przepisów indyjskiej hatha-jogi114.

W innym znowu miejscu jacyś przyjezdni książęta ćwiczyli się w strzelaniu z łuków do celu przedstawiającego ulepione z gliny głowy Chińczyków. Strzelali z odległości pięćdziesięciu kroków; niektórzy z łuczników dobrze władali tą tradycyjną bronią mongolską.

Po powrocie do miasta poczułem w głowie jakiś chaos — skutek tego wszystkiego, com widział i słyszał podczas tej fantastycznej nocy.

„Gdzie jestem? W jakim czasie żyję?” — pałały w moim mózgu pytania.

„Sto trzydzieści dni życia... Krwawy generał — wcielony „bóg wojny”... zbawiciel narodów...” — błyskawicznie mknęły myśli, odtwarzając wrażenia z podróży do siedziby Buddhy... Lecz jednocześnie jeszcze niewyraźnie, wprost odruchowo odczuwałem w tym chaosie ideę jakiegoś wielkiego planu i niedającą się opisać mękę człowieka.

XI. W pałacu „Żywego Boga”

Po obiedzie wpadł po mnie generał.

— Chcę przedstawić pana Bogdo Chanowi hutuhcie! — zawołał.

Rzadko komu udaje się widzieć „Żywego Buddhę”, więc naturalnie od razu porwałem palto i czapkę i byłem już w samochodzie.

Zatrzymaliśmy się u wrót żółtego w czerwone pasy muru, otaczającego pałac „boga”. Parę setek lamów w ubraniach czerwonych i żółtych rzuciło się na spotkanie dziandziunia, który za wyzwolenie Mongolii otrzymał od „boga” tytuł chana. Z wielkim szacunkiem odprowadzili nas tłumnie do wejścia pałacu.