— Nie mogę, sam potrzebuję! — odparłem stanowczo.
Namyśliwszy się trochę, zbliżył się do mnie i szepnął:
— Pójdziemy na dwór, pomówimy! Tu niedogodne miejsce...
Wyszliśmy.
— Słuchajcie! — zaczął. — Jedziecie do Urianchaju! Tam nasze sowieckie pieniądze nic nie są warte, za nie nic nie kupicie. A jest tam co kupić! Sobole, lisy, gronostaje, złoto także można tanio nabyć w zamian za jakąś drobnostkę. Tam wszystko można dostać za karabiny i naboje. Macie ze sobą tylko jeden karabin. Ja wam dam jeszcze jeden i sto naboi do niego, a wy mnie... spodnie. Co? Dobrze?
— Nam nie trzeba broni, nas chronią nasze dokumenty! — niby nie rozumiejąc, o co chodzi, odpowiedziałem spokojnie.
— Ale nie! — żywo odezwał się milicjant. — W Urianchaju zamienicie karabin na futra albo na złoto. Oddam wam karabin na zawsze, na wieczną własność. Rozumiecie?
— A! Teraz rozumiem — rzekłem. — Ale w takim razie tego mało za spodnie. Spodni, i do tego takich wspaniałych, nigdzie w Rosji nie znajdziecie. Cała Rosja chodzi obecnie bez spodni. A za karabiny dadzą mi jedną skórkę sobola. Co ja będę z nią robił?
Słowo po słowie dopiąłem swego. Nowy znajomy otrzymał moje spodnie, a ja karabin ze stu nabojami i dwa mauserowskie pistolety z osiemdziesięcioma nabojami. Od tej chwili byliśmy uzbrojeni i mogliśmy stawić poważny opór w razie przygody. Nadto szczęśliwy posiadacz nowych spodni wydał nam rządowe poświadczenie na prawo posiadania broni.
W ten sposób prawo i siła były po naszej stronie.