Dziewicze lasy ogarnęły nas, pochłonęły. Pośród wysokiej trawy i żółkniejących krzaków wije się ledwie dostrzegalna ścieżka.
To od dawna porzucona „stara amyłska droga”, którą przed trzydziestu pięciu laty wożono mąkę i sól, maszyny i robotników do licznych kopalń złota porozrzucanych w systemie rzeki Amył. Ścieżka ta zbliża się do samego brzegu wartkiego Amyłu, to znika w lesie.
Wyprowadza nas ona na błotnistą równinę z ukrytymi pośród wysokiej trawy topieliskami, do gęstych zarośli, na szczyty gór, na obszerne łąki i do gęstych lasów.
Nasz przewodnik, potomek hrabiostwa Przeździeckich, o których doskonale pamięta i którymi się szczyci, chociaż już się nazywa „Preżdzieckij”, widocznie rozumie nasz istotny plan i od czasu do czasu, z trwogą patrząc na ziemię, mówi:
— Przejechało trzech jeźdźców... Konie podkute... Widocznie żołnierze...
Wkrótce jednak uspokaja się, ponieważ widzi, że ślady poszły gdzieś w bok, a później zawróciły.
— Dalej nie pojechali! — oznajmia nam Przeździecki, chytrze się uśmiechając.
— Szkoda! — mówimy mu. — W towarzystwie podróż byłaby weselsza.
Lecz chłop głaszcze swoją powichrzoną brodę i śmieje się. Widocznie nie wierzy nam.
Pojechaliśmy przez kopalnię złota, w nowych czasach urządzoną przez Amerykanów według przepisów współczesnej techniki. Bolszewicy zrabowali to przedsiębiorstwo, wywieźli złoto, zapasy i nawet niektóre części budynków, pozostawiając kopalnię prawie zrujnowaną, głuchą i nieczynną.