Wiatr się wzmagał. Przed świtem mróz brał coraz większy. Przemoczone ubranie i bielizna od razu zamarzły i stały się twarde i sztywne jak blacha. Głośno szczękaliśmy zębami, a w oczach migały zielone i czerwone ogniki.
Jechaliśmy bez postojów, ażeby jak najdalej odsunąć się od drogi, którą dążyły oddziały dzikich partyzantów.
Cały dzień, przy piętnastu stopniach mrozu, musieliśmy jechać bez możliwości rozgrzania się i wypoczęcia. Dopiero przed nocą dotarliśmy do niewysokiego grzbietu górskiego porośniętego lasem. Zatrzymaliśmy się pod nisko zwisającymi gałęziami smutnych, czarnych modrzewi. Tatar i Kałmuk szybko rozpalili olbrzymie ognisko, przy którym wysuszyliśmy się nareszcie i rozgrzaliśmy. Konie, chociaż głodne, nie ruszały się z miejsca i nie odchodziły od ognia; stojąc z opuszczonymi, smutnymi głowami, wygrzewały się i drzemały, głośno jęcząc.
W nocy, podczas mego dyżuru na czatach, ujrzałem jeźdźca. Mając widocznie dobrego konia, szybko przemknął niedaleko naszego obozu. Tatar z Kałmukiem pojechali natychmiast oglądać ślady i powróciwszy, oznajmili, że był to niezawodnie Sojot, i że w pobliżu wykryli liczne ślady stad. Prawdopodobnie był to jakiś pastuch, zwabiony ogniami naszego obozu.
Wczesnym rankiem kilku jeźdźców sojockich zbliżyło się do nas.
— Ułan (czerwony)? — zapytał jeden z nich.
— Nie! — rozległy się protestujące głosy.
— Cagan (biały)? — nastąpiło nowe pytanie.
— Tak, tak! — zawołał Tatar. — Wszyscy biali!
— Mende, mende! — z radością w głosie zaczęli pozdrawiać nas tubylcy i opowiedzieli nam o bardzo ważkich dla nas zdarzeniach.