Naraz od strony dalszego posterunku doleciał mnie urwany, przyduszony krzyk — i znowu zapadła cisza...

Partyzant drzemiący przy ognisku poruszył się i podniósł senną głowę, ale w tej chwili obok niego wyrosła postać mego towarzysza, wydająca się potwornie olbrzymią na tle ogniska.

Zobaczyłem na jedno mgnienie oka nogi wartownika, które mignęły w powietrzu, po czym ogromna postać wraz ze swoją ofiarą pogrążyła się w krzakach.

Po kilku sekundach olbrzym zjawił się znowu, podniósł karabin z ziemi i zamachnął się nim silnie. Usłyszałem głuchy zgrzyt zdruzgotanej czaszki, a wkrótce potem głośne i spokojne kroki mego towarzysza.

Podszedł do mnie i z uśmiechem wstydliwym rzekł:

— Już po wszystkim! Diabli nadali! Gdy byłem małym chłopcem, matka chciała, żebym został księdzem. Zostałem agronomem po to, żeby dusić ludzi i rozbijać im głowy. Okrutnie głupia rzecz — rewolucja, panie!

Z raptowną wściekłością i obrzydzeniem splunął i zaczął zapalać fajkę.

Tymczasem i na drugim posterunku także wszystko było skończone. Po chwili nasz oddział, zachowując milczenie, powoli prześlizgnął się, jak widmo nocne, pomiędzy milczącymi już na wieki wartami bolszewickimi.

W nocy przebrnęliśmy Tannu-Ołu.

Tam, na szczycie, około wielkiego „obo”, to jest ołtarza poświęconego złym duchom gór, napiliśmy się herbaty i natychmiast zaczęliśmy zjeżdżać w dolinę zarośniętą gęstymi krzakami i przeciętą całą siecią niezamarzniętych strumyków i małych rzeczek.