Postąpił w stronę ławki i cisnął trzy karabiny.
— Dwa konie, dwa karabiny, dwie kulbaki, dwa worki sucharów, pół cegły herbaty, woreczek cukru, pięćdziesiąt nabojów, dwa kożuchy, dwie pary butów! — ze śmiechem wyliczał Sybirak. — Doprawdy, bardzo udane miałem dziś polowanie!
Ze zdumieniem patrzyłem na swego gościa.
— Czego się gapicie? — zaśmiał się głucho. — Wyjechaliśmy do lasu na wąską ścieżkę. Tam ich zastrzeliłem. Ani drgnęli! Na co komu się przydali tacy „towarzysze”? Ale pijmy herbatę, a później spać! Jutro musicie przenieść się na nowe mieszkanie. Ja wam pokażę ustronne i przyjemne miejsce, a sam pojadę dalej...
III. Tajemnica mojego gościa
Nazajutrz o świcie ruszyliśmy w drogę, porzucając moje pierwsze schronisko. Na jednego z koni położyliśmy cały nasz dobytek, spakowany do worków przerzuconych przez siodło.
— Musimy zrobić czterysta, pięćset wiorst6 — spokojnie oznajmił mój nowy towarzysz niedoli, który nazywał się wcale nie przemawiającym do serca i rozumu imieniem — Iwan.
— No, to długo będziemy jechać! — zawołałem.
— Nie dłużej niż tydzień, a może i prędzej będziemy na miejscu — odparł Iwan.
Pierwszą noc spędziliśmy w lesie pod gałęziami wysokiego, rozłożystego świerka. Była to dla mnie pierwsza noc bez dachu nad głową. A ileż takich nocy później spędziłem w ciągu mojej nieskończenie długiej włóczęgi!