Jeden z ułaczenów, pędząc naprzód, przygotowywał zmianę koni i gdy Ceren podjeżdżał, zdejmowano go razem z siodłem i przenoszono na świeżego konia, po czym Ceren z nowymi ułaczenami ruszał dalej. Na każdym trzecim urtonie, nie schodząc z siodła, wypijał miseczkę gorącej herbaty z solą i znowu mknął. Po 18–20 godzinach takiej jazdy szalonej zatrzymywał się na nocleg w jurcie urtońskiej, gdzie zjadał całą szynkę baranią, wypijał moc herbaty i spał jak zabity do świtu. Tak przez dziewięć dni mknął chudy Ceren bez wytchnienia!
Z nim to właśnie wyruszyliśmy w mroźny, zimowy poranek na zachód, w stronę Kobdo, skąd nadeszły trwożne wieści, że czerwoni wkroczyli do Ulaangomu i że Chińczycy zaczęli im wydawać cudzoziemców.
Po kilku godzinach przejechaliśmy po lodzie rzekę Zaphyn, która corocznie zabiera dużo ofiar, gdyż dno jej stanowią bezdenne i ruchome piaski. Za rzeką wjechaliśmy w wąską dolinę wśród gór i niewielkich lasów modrzewiowych.
II. Tajemniczy lama-mściciel
Zrobiwszy około trzech tysięcy kilometrów, zbliżaliśmy się do jeziora Baga-Nor, gdzie spostrzegliśmy jurtę pastucha. Postanowiliśmy zatrzymać się tu na nocleg, gdyż była już późna godzina i zerwał się zimny wiatr, wznosząc słupy zmarzłego, kłującego śniegu. Obok jurty dojrzeliśmy wspaniałego konia karego z bogatym siodłem, upiększonym srebrem i koralami. Gdy z drogi skręciliśmy w stronę jurty, wypadło z niej dwóch Mongołów. Jeden z nich wskoczył na siodło i szybko znikł za niewysokimi wzgórzami. Spostrzegłem poły żółtego ubrania, które mignęły mi pod zwykłym kożuchem mongolskim, i duży nóż w zielonej pochwie, z rękojeścią z rogu i kości.
Drugi pozostał przy jurcie. Był to gospodarz jurty, pastuch miejscowego księcia Nawancyrena. Spotkał nas z widoczną radością i wzdychał z ulgą.
— Kto to odjechał na karym koniu? — pytaliśmy pastucha.
Opuścił oczy i milczał.
— Mów! Nie mówisz, więc przyjmujesz u siebie złych ludzi?
— Nie! Nie! — bronił się pastuch. — Dobry, wielki był ten gość, lecz wymienić imienia wiara nie pozwala.