Zaczęła się rozmowa. Nieznajomy okazał się człowiekiem bardzo uświadomionym i oczytanym; wkrótce przeszedł na tematy polityczne i zaczął się skarżyć na nieudolność ministrów „Żywego Buddhy”.

— Oni tam wyzwalają Mongolię, zdobywają Urgę, wyrzynają wojska chińskie, a my tu na zachodzie nic nie wiemy i siedzimy bezczynnie, pozwalając Chińczykom rżnąć nas jak barany. Mógłby przecie Bogdo Chan przysłać nam tu swoich gońców? Dlaczego Chińczycy posyłają swoich ludzi do Urgi i do Pekinu, prosząc o posiłki, a Bogdo nie może? Dlaczego?

— Czyż Chińczycy otrzymają pomoc? Jaką odpowiedź przywieźli gońcy? — zapytałem.

Nieznajomy Mongoł zaczął się śmiać głucho i odpowiedział:

— Przyłapałem wszystkich gońców, pisma zabrałem, a ich posłałem z powrotem... do ziemi...

Znowu się zaśmiał; dziwnie złowrogo błysnęły mu źrenice.

Dopiero wtedy zauważyłem, że jego sucha twarz o wystających policzkach ma rysy niezwykłe dla Mongołów Azji Centralnej. Był on raczej podobny do Tatara lub Kirgiza z Siedmiorzecza.

Milczeliśmy, puszczając dym z fajek.

— Czy prędko ma wyjść z Uliastaju oddział konnych Czaharów? — zapytał nagle, podnosząc na mnie płonące źrenice.

Odpowiedzieliśmy, że o tym nic nie słyszeliśmy i że w Uliastaju nie było Czaharów podczas naszego pobytu. Wtedy gość nasz oznajmił, że z Pekinu został wysłany dla ujarzmienia Urianchaju i Mongołów obwodu kobdoskiego oddział złożony z jeźdźców wojowniczego i rozbójniczego plemienia Czaharów pod dowództwem słynnego bandyty (chunchuza), który otrzymał od rządu rangę kapitana. Nieznajomy szczegółowo i systematycznie poinformował nas o ruchu wojsk sowieckich i przez to zwolnił nas od przykrej podróży do Kobdo.