W rozmowie zapytałem, czy nie ma w okolicach Tesijn gol jakichś kolonistów. Kanin zmieszanym i podrażnionym głosem odparł:
— Jest tu jeden bogaty starzec Bobrow, który mieszka stąd o pół kilometra. Tylko nie radzę panom do niego wstępować, gdyż nie jest zbyt gościnny...
Przy tych słowach Kaninowa nisko opuściła głowę i nie podniosła więcej oczu. Gorochowowie obojętnie palili papierosy. Od razu zauważyłem podrażniony ton Kanina, przerażenie jego żony i sztuczną obojętność Gorochowów i dlatego właśnie postanowiłem koniecznie zobaczyć się ze starym kolonistą. Oznajmiłem im, że mam oddać Bobrowowi list z Uliastaju. Skończywszy herbatę, ubrałem się i wyszedłem. W głębokiej kotlinie, w pobliżu stacji, stał dom Bobrowa za wysokim, mocnym płotem. Okna były oświetlone lampą. Zapukałem. Odpowiedziało mi wściekłe ujadanie czterech ogromnych psów. Z dziedzińca odezwał się głos:
— Kto tam?
Odpowiedziałem. Pytający złapał psy i uwiązał je na łańcuch, później otworzył wrota i wpuścił mnie, uważnie oglądając. Był to wysoki stary człowiek o rozumnej, śmiałej twarzy. Miał za pasem duży rewolwer, a w ręku gruby kij sękaty. Dowiedziawszy się, kim jestem, grzecznie poprosił mnie do izby, gdzie zapoznał mnie ze swoją żoną i pięcioletnią dziewczynką znalezioną w stepie przy trupie matki, która podczas ucieczki z sowieckiej Syberii umarła w drodze. Starzy wzięli ją do domu i opiekowali się nią jak swoim dzieckiem. Przyjmowano mnie w domu Bobrowów bardzo serdecznie. Stary opowiedział mi, że oddział pułkownika Kazagrandiego zmusił bolszewików do cofnięcia się z Chubsugułu, gdzie obecnie jest zupełnie bezpiecznie.
— Dlaczego pan nie zatrzymał się u nas, zamiast u tych rozbójników? — zapytał kolonista.
Zacząłem wypytywać o mieszkańców stacji telegraficznej i dowiedziałem się ważnych rzeczy. Okazało się, że Kanin był agentem bolszewickim dla obserwacji i wywiadu.
— Teraz Kanin naturalnie jest nieszkodliwy, gdyż komunikacja z Irkuckiem jest przerwana. Lecz za to przybył do niego komisarz bolszewicki...
— Gorochow? — zapytałem.
— To jest fałszywe nazwisko! — zawołał stary. — Jestem z jednego miasta z nim i wiem, że jest to Puzikow, komisarz Czeka. Dziewczyna zaś, która jeździ z nim, jest jego kochanką, też agentka Czeka. Tej jesieni para ta rozstrzelała z rewolwerów siedemdziesięciu związanych białych oficerów. Po pijackiej orgii strzelali do nieszczęsnych ze śmiechem, jak do celu. Gagatek ten zjawił się i u mnie, ale poznałem go od razu i naturalnie wyrzuciłem.