— Urr, szukaj! — powtórzył rozkaz.
Piesek, z opuszczonym ogonem i nosem węszącym tuż przy ziemi, pobiegł dalej. Kilka razy zaczynał naszczekiwać na sarny lub z lekka wyć na głuszca, lecz łowiec nie zamierzał polować na tak bardzo pospolitą w tajdze zwierzynę, więc wydawał krótki gwizd. Urr znał ten sygnał, milknął natychmiast i biegł dalej, węsząc i zaglądając do każdego zakątka.
Długo się nie odzywał.
Lis zaczął się już na dobre niecierpliwić, gdy wtem posłyszał cichy szelest w krzakach i trzask rozsuwanych suchych badyli.
Po chwili wyślizgnął się z nich Urr. Miał dziwny wygląd.
Zdawało się, że szedł na palcach, bojąc się narobić hałasu.
Sierść mu się jeżyła na karku, podwinięty ogon wlókł się po śniegu, a ostre uszka przyciskały się do głowy.
Stanął przed swoim panem i uważnie mu się przypatrywał, jak gdyby sprawdzając, czy wszystko jest w porządku.
Cicho trąciwszy go nosem w nogę, zawrócił i oglądając się co chwila, prowadził za sobą.
Chwilami przystawał, a wtedy sierść jeszcze bardziej podnosiła mu się na grzbiecie, a lekki dreszczyk kurczył mu pysk.