Wkrótce dreszcze ustąpiły, a wyczerpane złą gorączką siły z wolna powracały.

Pewnego razu, gdy słońce zapadało już za tajgę nad Kecią, Urr wybiegł poza zagrodę i jął ujadać wściekle.

— Cóż tam zwęszyło poczciwe psisko? — pytał pan Władysław, podchodząc do niego. — Co? Może gdzieś w pobliżu zaczaił się basior? A może bury czałdon szuka dziupli z pszczołami? No, no, Urr, cóż tam takiego?

Szczekanie psa zwabiło Garsę. Przyglądał się Urrowi i mruczał:

— Węszy on ludzi... Urusów węszy.

Lis wytężył słuch w oczekiwaniu, przypuszczając, że to być może przybywa Rodionow z Sieńką, jednak z jakąś dziwną trwogą spoglądał w stronę czarnej ściany boru.

Dopiero w godzinę potem z tajgi wynurzyli się nagle jacyś jeźdźcy, a za plecami ich widniały lufy karabinów. Długi wąż koni, obwieszonych tobołami i skrzyniami, postępował za nimi, popędzany przez innych ludzi.

Przybywający dostrzegli już dym osiedla, bo jeden z jeźdźców wstał w strzemionach i krzyknął:

— Która ścieżka biegnie do zaimki: nad rzeką czy przez bór?!

— Jedźcie na prawo! — odkrzyknął Lis i zmarszczył brwi, bo rozpoznał kozaków i uriadników policyjnych.