W tej chwili Urr zadarł głowę i jął ujadać, a chwilami wył przeciągle i trwożnie.

— Pies spostrzegł, czy też dopiero zwęszył zaginionych... — szepnął Lis. — Wdrapcie no się, Romanie, na tę olchę, może coś zobaczycie z wysoka?

Chłop szybko wlazł na drzewo, gdy w tej samej chwili rozległ się rozpaczliwy, słaby głos od strony krzaków rosnących o jakie sto kroków od lasu.

— Doktor Haaze!... Ha-a-ze! — wołał zesłaniec.

Drżący, urywany głos odpowiedział mu natychmiast:

— Ratunku!... Ratunku!

Roman, znajdujący się już pod koroną drzewa, rozglądał się po bagnisku, aż wreszcie wydał przeraźliwy okrzyk:

— Widzę człowieka, który się zapadł do zybunu151...

Lis podczas polowań na tundrze spotykał nieraz te zdradliwe, na pozór takie pociągające, białe piaski, po których swobodnie i bezpiecznie biegały czajki, kuliki i kaczki.

Biada jednak człowiekowi, który waży się stanąć na tej strasznej, zwodniczej łasze piaszczystej. Samojedzi znają takie miejsca i nazywają je „tysaban”, co znaczy: zdrada.