Wyciągnąwszy spod siebie po jednym drągu, związali ich końce i po wodzie podali Haazemu.
— Położyć się i nie ruszać się! — padł nowy rozkaz Lisa.
Po chwili wydobyli młodego uczonego z zybuna i przyholowali go do brzegu torfowiska.
Podali mu cztery żerdzie, na których wyciągnęli go ostatecznie na pływającą warstwę torfu, po czym ruszyli w powrotną drogę.
Dotarłszy do tajgi, gdzie przywitał ich radosnym szczekaniem Urr, długo nie mogli podnieść Haazego. Leżał blady, z przymkniętymi oczyma, osłabiony i wyczerpany.
Cucili go, wstrząsając i rozcierając mu ręce i nogi dopóty, aż oprzytomniał trochę i spojrzał na swych zbawców zdumionym, wdzięcznym wzrokiem.
Posadzono go i oparto plecami o pień.
— Co się stało? — spytał go Lis.
— Nieszczęście... — szepnął.
— To już wiemy, ale jakie i dlaczego? — zadał nowe pytanie zesłaniec. — Jak pan tu trafił i co zaszło? Po co pan tu zabrnął? Gdzie jest kozak?