I znowu przyciskał się twarzą do nóg zesłańca, łkał i rzucał słowa bezładne, pełne wdzięczności i oddania.
— Doktorze... doktorze! — mówił Lis. — Niech się pan uspokoi! Uratowałem pana nie tylko ja, lecz i ten oto człowiek... mój przyjaciel... Roman.
Doktor Haaze nic już jak gdyby nie słuchał. Łkał głośno, a ramiona jego podnosiły się i opadały gwałtownie.
Późno wieczorem Lis i Roman doprowadzili uratowanego uczonego do boru. Katorżnik zniknął natychmiast w jego gąszczu. Pan Władysław sam już dopomagał Haazemu dojść do domu.
Wszyscy otoczyli przybyłych.
Doktor Haaze ze wzruszeniem i podnieceniem opowiadał zebranym o swej przygodzie, a gdy skończył, spytał, mrużąc niewidzące oczy:
— A gdzie jest pan Roman?
Zesłaniec zawahał się przez chwilę, lecz w końcu odparł śmiało i wesoło:
— Poszedł obmyć się, co też radzę uczynić panu doktorowi!
— A czy ten pan Roman powróci? — dopytywał się Niemiec.