Nikt nie odważy się zapuścić w mroczne ostępy kniei ciemnej, pełnej tajemniczych, przerażających odgłosów, pomruków, poszeptów, plusku potoków, ukrytych na dnie głębokich, ponurych rozłogów i łoskotu padających olbrzymów leśnych, na co odkrzykuje z daleka czujne echo leśne.
A przecież nawet tu, nad Kecią i Połojcem, dzieją się rzeczy tajemne, rozumem Wotkuła nie ogarnięte!
Któż to przebija ścieżki zwodnicze poprzez chaszcze?
Kto wytycza je aż do toni jezior leśnych, niemych, zaczajonych, bezdennych?
Kto tam jęczy, szlocha i nawołuje po nocach?
Kto szeleści suchymi liśćmi w południe i cicho, cicho puka w konary świerków uschniętych?
Kto wreszcie unosi się wieczorami ponad trawą, kto się wynurza z czarnych przepaści tajgi i rękami z mgieł i opadów lepkich macha, wabi, woła i mami?
Czyjeż to źrenice, krwawoczerwone, gorejące, pochwytują odbłysk płonącego ogniska?
Czyj to lot — chybki i miotający się — budzi ospałą ciszę?
Wotkuł wypuścił był11 pierwszą kulę w pierś niedźwiedzia-„czałdona”12 jeszcze w zaraniu swego życia, bo liczył wtedy zaledwie dwanaście wiosen. Przecinał potem tajgę od brzegu Obi aż hen, do trzęsawisk Wielkiej Basargi i źródeł Tary13 na zachodzie, a na wschodzie dobiegał był do brzegu modrego Jeniseju14, pełnego rozszalałych wirów i kipiących porohów15.