— Jakim sposobem pani towarzyszy mężowi w tym odludziu?... To przecież straszne... straszne!
— Taka była wola mojej żony — odparł Lis — a zezwolenie na swój pobyt tutaj otrzymała za pośrednictwem ciotki, księżny łowickiej, z prywatnej kancelarii cesarskiej.
— Ach, księżna pani!... Tak bardzo rozpaczała po śmierci cesarzewicza, że wkrótce po jego śmierci sama zmarła!... — westchnął Toll, lecz natychmiast pytał dalej: — Czy państwo zadowoleni są z traktowania ich przez władze?
— Nie mieliśmy dotąd żadnej styczności z władzami — odpowiedział zesłaniec.
— Co słyszeliście państwo o policji i sądach swego obwodu? — wypytywał Toll.
— Przywieziono nas tu dopiero w tym roku. Mieliśmy dużo kłopotów z wybudowaniem domu, z jakim takim urządzeniem życia, nie mieliśmy czasu na inne sprawy... — wymijająco odrzekł Lis. — Zresztą pierwszym przedstawicielem władzy, którego widzimy tu, jesteś pan, panie rewizorze.
Toll zainteresował się życiem i pracą zesłańców, wyraził im uznanie za ich działalność w dziedzinie oświaty i pomocy chorym i żegnając Lisów, oznajmił:
— W razie potrzeby proszę zwrócić się do mnie: baron Alfred Toll, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, Petersburg. Ten adres wystarczy! List państwa z całą pewnością zostanie mi doręczony!
Lis odprowadził rewizora na ganek.
Kilka par oczu z obawą i źle utajoną groźbą wpiło się w spokojną twarz zesłańca. Urzędnicy drgnęli, gdy Toll potrząsnął rękę „buntownikowi” i rzekł wesołym, przyjaznym głosem: