— Nie chcecie płacić? Zaraz idę ze skargą do pana radcy Włodzimierza Safianowa, a on już wam pokaże, gdzie raki zimują! Dzikie bestie!... Łby dębowe!...
Urzędnicy opuścili chatę Wotkuła i szli w stronę domu Rodionowa, naradzając się po cichu.
Stary Pyraga, który sunął za nimi, przystanął nagle i ukrywszy się za domem, przeczekał, aż Moskale oddalą się, po czym podążył szybko ku domowi Lisów. Wszedł i oniemiał.
Przy stole siedzieli Lisowie, a naprzeciwko nich Safianow i stary doktor Gruber, towarzyszący rewizorowi. Radca gubernialny czuł się jak na niemieckim kazaniu, bo istotnie doktor rozmawiał z zesłańcami po niemiecku. Wypytywał o stan zdrowia ludności, o sposoby i lekarstwa, które stosowała pani Julianna, chwalił ją, podziwiał jej wiedzę, a potem długo obiecywał przysłać dla niej cała pakę z towarami aptecznymi, dziękował za skuteczną pomoc władzom i za szlachetną działalność, tak bardzo potrzebną w Syberii, pozbawionej pomocy lekarskiej.
Stary Niemiec tak się rozgadał, że nie dawał Safianowowi dojść do słowa.
Wreszcie radca zdążył wstawić pytanie:
— O czym mówiliście z panem rewizorem? — mruknął, spode łba, nieufnie patrząc na Lisa.
Zesłańcowi krew uderzyła do twarzy. Podniósł głowę i odparł z oburzeniem:
— Nikt nie ma prawa pytać mnie o to! Nie jestem aresztantem więziennym!
— Ta-ak? — przeciągnął Safianow. — A czy ty, bratku, wiesz, że ja cię mogę w barani róg zapędzić, zniszczyć, zdeptać?