Leżał teraz na dnie w całej okazałości, od ostrego ryja aż do płetw ogonowych.
Długi na trzy metry, gruby i ciężki niezmiernie, przypominał kloc starego drzewa sczerniałego pod wodą.
Uwiązano go na mocnej linie do rufy, a Garas hakiem wyciągnął z sieci inne ryby, pokaleczone i zgniecione przez potwora. Dopiero przy pomocy dwóch innych łodzi udało się rybakom przyholować zdobycz swoją do brzegu. Tam znów w pocie czoła pracowały ciężko kobiety, a wśród nich żona zesłańca.
Na brzegu zbudowano kilka szałasów, w których rozwieszano wypatroszone i rozcięte wzdłuż grzbietu ryby. Dzieci posypywały je solą i znosiły nacięte, świeże gałęzie modrzewia i jałowca. Gdy szałasy zostały wypełnione rybami, rozpalono w nich ognisko i zatkano szczelnie wszystkie szpary i otwory. Ogień, ledwie się tląc, dawał dużo dymu, w którym wędziły się sterlety, jesiotry, nelmy, duże sigi, delikatne muksuny, opływające tłuszczem.
Inne kobiety składały mniejsze, pospolite ryby do kadzi i koryt, przysypywały solą i nakrywszy płachtą, przyciskały kamieniami.
Najprostsze gatunki, jak płotki, okonie, liny i szczupaki, przerabiano na jukołę, pożywienie niezbędne dla myśliwych w czasie łowów zimowych.
Taki sposób przygotowania ryby nie wymagał żadnych zachodów.
Przeciętą na połowę rybę posypywano solą i nawlekano na sznur, zawieszony na dwóch żerdziach. Ryby przez kilka dni schły i twardniały na powietrzu, zmieniając się na jukołę.
Najdrobniejszych okazów jukoły używano zwykle na pors. W tym celu przecierano suchą rybę między kamieniami na mąkę, z której łowcy przyrządzali sobie polewkę rybną, pożywną i niewymagającą żadnej sztuki kucharskiej.
Pani Julianna wraz z pomagającymi jej dziewczętami i nieodstępną Dunią miała kłopot nie lada z olbrzymim jesiotrem, schwytanym przez męża. Trzeba go było porąbać na kawałki, pociąć na plastry i pasma, bo inaczej nie dałoby się zasolić go i uwędzić.