Wyniesiono i przywiązano rzeczy, po czym Lis, czując, jak łzy mu rozsadzają piersi, żegnał żonę w milczeniu i bólu, którego jednak nikt nie spostrzegł.
Po chwili zacisnął szczęki i podniósł głowę.
Cała ludność Narymu tłoczyła się wokoło domu.
Kobiety płakały, mężczyźni patrzyli w ziemię ponuro.
Lis ogarnął wzrokiem sąsiadów i rzucił donośnie:
— Bywajcie zdrowi, przyjaciele! Dziękuję wam za serce i proszę, nie opuszczajcie mojej żony, dopóki będzie potrzebowała pomocy i współczucia. Bywajcie zdrowi!
Zaczął ściskać ręce mieszkańcom Narymu, a potem, ucałowawszy raz jeszcze bladą twarzyczkę i drżące usta żony, wsiadł do wózka.
Konie ruszyły z kopyta. Lis nie obejrzał się ani razu.
Może bał się, że nie wytrzyma i — albo skręci kark policjantom, albo wybuchnie ciężkim szlochem.
Wkrótce wózek zniknął na zakręcie drogi.