— Nie wątpię, że w takim odludziu wytropię niejednego łosia i jelenia. He! Strzelam zaś celnie, więc bedę miał niugi.
Jakaś nagła nadzieja wstąpiła w niego, więc wyzywająco popatrzył na policjantów i zawołał:
— Zapraszam was do siebie na przyszły rok!
Leszczenko parsknął śmiechem i odparł:
— No, ależ hardy z was Lach! Takiego byle kto nie ugnie i nie zgnębi!
Niemal z zachwytem patrzył teraz na barczystego Polaka o twarzy pogodnej, lecz o oczach w chwili tej niezwykle roziskrzonych.
Przyczyny tych ogni wewnętrznych, namiętnych i palących, nie mogli zrozumieć Moskale.
Opędzając się od żarłocznych owadów, co chwila dorzucając do ogniska świeżych gałęzi, aby dymiły jak najwięcej, jedli gorącą polewkę i pili herbatę.
Słońce szybko zapadało za tajgę. Z głębi dzikiej kniei wynurzał się mrok i ogarniał małą polankę z płonącym ogniskiem i siedzącymi przy niej ludźmi. Głośno wzdychały znużone konie policjantów, przeżuwając owies i chrapały, być może węsząc jakieś zwierzę skradające się w gęstwinie.
Leszczenko ziewnął i mruknął: