Samojed wybrał był dla swego obozowiska polanę, od północy osłoniętą zboczem wysokiego pagórka i ścianą świerków. Jedna strona polany dotykała wąwozu, którym wpadał do rzeki Ałgimu szeroki, głęboki potok, druga przechodziła w zarośniętą nikłym lasem kotlinę.
„Dobre miejsce na osiedle!” — pomyślał zesłaniec i jął rozważać, jak wypali, wytrzebi i wykarczuje gąszcz leśny, a w kotlince zaorze duży szmat roli.
— Wszystkiego będziemy mieli tu pod dostatkiem! — mruczał, uśmiechając się sam do siebie. — Jagód tu bez liku; ryb, to chyba umyślnie ktoś powpuszczał je do Ałgimu i potoków! Wielki Boże! — westchnął dziękczynnie — niech imię Twoje rozsławione będzie po całej ziemi, od kresu do kresu! Jakżeż się ucieszy moja Julianka, gdy ujrzy te cuda!
Szybko zrzucił z siebie worek i wydobywszy z niego sieć, jął rozpalać ognisko. Gdy płomienie poczęły już lizać dno zawieszonego nad nimi kociołka, zarzucił sieć na ramię i brzegiem potoku zbiegł ku rzece.
Nie zdążyła jeszcze zagotować się woda, gdy Lis powrócił już, niosąc kilka trzepoczących się w sieci ryb. Naprędce oskrobawszy je i oczyściwszy, wrzucił do kociołka, a potem, wystrugawszy cienki patyk, zatknął na nim kawał sarniny i upiekł przy ognisku. Pokrzepiwszy się obficie, narąbał cienkich świerków i uplótł z nich schronisko dla siebie, coś na kształt niskiego szałasu, w którym miał spędzić noc nad brzegiem Ałgimu.
Śpieszył się, bo mrok już zapadł, a w głębi boru rozległy się basowe pokrzykiwania puchacza.
Znużony całodziennym marszem, szepcząc słowa modlitwy, wcisnął się do szałasu i usnął snem kamiennym.
Jakieś zmory nocne opadły go.
Coś przytłoczyło mu pierś i ścisnęło za gardło. Nie mógł się poruszyć, obezwładniony zmęczeniem i snem. Nagle coś runęło na niego i uderzyło go w głowę. Chciał zerwać się, unieść uśpione, ciężkie powieki, lecz nie mógł, bo ciężar ten jak kamień przygniótł go do ziemi. Wtedy dopiero oprzytomniał zupełnie. Szarpnął się potężnie, zrzucił z siebie jakąś czarną bryłę, wygramolił się spod rozwalonego szałasu i porwał za siekierę. Nieznana czarna postać, ledwie oświetlona przygasającym ogniskiem, leżała na wrzosowisku. Lis podniósł już był siekierę, aby zadać nieznanemu napastnikowi śmiertelny cios, lecz zatrzymał się nagle, gdyż posłyszał cichy jęk:
— Litości... Litości!...