Poszperał w torbie i znalazłszy kawałek mydła, podał je zbiegowi ze słowami:
— Idźcie nad brzeg potoku! Obmyjcie głowę i ręce... albo wyszorujcie się cały! Zdążycie, zanim ugotuję polewkę!
Nieznajomy wstał i oddalił się w kierunku potoku. Długo nie powracał, a głośny plusk wody, sapanie i prychanie, dobiegające uszu Lisa, świadczyły, że zbieg usłuchał jego rady.
Gdy powrócił, zesłaniec zdjął z kołka kociołek, postawił go na ziemi i tuż na kamieniu położył łyżkę drewnianą i dwa suchary.
— Posilcie się! — rzekł, nie patrząc na niezwykłego gościa.
Ze zwierzęcym rykiem rzucił się na jadło zgłodniały człowiek...
Lis odszedł, aby mu nie przeszkadzać i nie nabrać wstrętu do tego zdziczałego, śmiertelnie głodnego nędzarza.
Rzucił nań okiem dopiero, gdy posłyszał gorący, namiętny szept zbiega.
Na twarzy Lisa odbiło się zdumienie.
Katorżnik, oświetlony czerwonym światłem ogniska, klęczał i żegnając się zamaszyście raz po raz, schylał głowę do ziemi. Miał oczy zamknięte i szeptał modlitwę przez zaciśnięte usta. Skończył po chwili, a potem podczołgał się na kolanach do stojącego na uboczu Lisa i padł mu do nóg, wyrzucając słowo po słowie: