Trzech Kirgizów istotnie okrążało błoto, my zaś we czterech wyciągnęliśmy się w jedną linię, oczekując zwierza.

Z krzykiem i hałasem Kirgizi wpadli do krzaków, i po kilku minutach wilki zaczęły się z nich wymykać. Pędziły całym tchem, płaszcząc się po ziemi, z podwiniętymi ogonami i przytulonymi do głowy uszami.

— Ruszaj, kunaku! — krzyknął do mnie Suliman.

Wspiąłem konia. Tresowany do polowania tego rodzaju, pomknął jak strzała, i szybko zaczął doganiać dużego wilka, o jasnej, prawie białej skórze. Lecz zwierz rozumiał, co się dzieje i zaczął wykonywać po stepie zygzaki, usiłując zmylić konia. Podziwiałem wtedy spryt mego wierzchowca, który, nie czekając na pobudkę z mej strony, sam czynił potrzebne zwroty, zmieniał kierunek i pędził coraz szybciej, stale trzymając się lewej strony ściganego wilka, aby jeździec mógł go wygodniej dosięgnąć.

Wreszcie wilk zaczął się męczyć, a odległość pomiędzy mną a nim stawała się coraz mniejsza. Jeszcze kilka minut szalonego pędu, i wilk znalazł się tuż obok mnie z prawej strony.

Podniosłem się w strzemionach i całym rozmachem ciąłem go nahajem. Jęknął, potknął się, lecz po chwili znów się odsadził ode mnie i mknął dalej.

Po chwili dogoniłem go i tym razem nie uderzyłem na oślep, lecz mierzyłem starannie w łeb. Po kilku nieudanych ciosach wilk wreszcie padł na przednie łapy, na chwilę się podniósł, zrobił skok naprzód, ale w tej chwili uderzyłem go ponownie z całej siły. Zwierz, głucho skowycząc, upadł i zaczął się wić na ziemi, krwawiąc silnie.

Gdy zataczałem koło na rumaku, rozhukanym od biegu i od mych cięć, nadbiegł jeden z Kirgizów, zeskoczył z siodła i przeciął gardło drapieżnikowi.

Jakszi, ok jakszi dżigit bet at!75 — wołali Kirgizi, pędząc ku mnie i wlokąc za sobą na arkanach trzy upolowane wilki.

Po paru godzinach podjeżdżałem do naszej jurty, przed którą siedział profesor, zaniepokojony, jak mówił, moją nieobecnością.