Naprzeciwko nas siedział olbrzymi, rudowłosy policjant o wesołej, śmiałej twarzy, nazwiskiem Sokołow.
— Ilu jest zbrodniarzy? — spytałem policmajstra.
— Pięciu! — odparł. Widząc zaś, że ze zdziwieniem patrzę na nieliczny skład naszego oddziału, roześmiał się i rzekł:
— Na nich dość jednego Sokołowa, bo to, panie, maszyna a nie człowiek! Tymczasem jest nas trzech, więc podzielimy się w ten sposób: Sokołow weźmie dwóch, ja — dwóch, a pan jednego. Zgoda?
Kiwnąłem głową i zapytałem.
— A jak mam go brać?
— Za co brać, chce pan zapytać? — zaśmiał się Bogaczew. — Za gardło, panie, tylko za gardło, bo inaczej się wymknie!
— Hm! — mruknąłem do siebie. — Co prawda, wolałbym patrzyć na walkę, a nie brać w niej zbyt czynnego udziału i łapać kogoś za gardło!
Policmajster i jego pomocnik tymczasem omawiali plan napadu na złoczyńców.
Jechaliśmy brzegiem rzeki, i po paru godzinach w oddali błysnęły ogniki. Była to duża wieś. Podjechaliśmy do pierwszej z brzegu chaty i Sokołow wywołał z niej gospodarza.