— Dobrze! — usłyszałem głos Sokołowa. — Ten poleży parę minut.
Znowu spadła mi na szyję ciężka pięść. Odwróciłem się i znowu poświeciłem. Spostrzegłem gruby kark i zadałem cios z całą sumiennością. Kark drgnął, pochylił się, ale wnet na jego miejscu zjawiła się twarz... Bogaczewa.
— Swoich bić nie należy! — zaryczał, borykając się ze złoczyńcą, którego złapał za gardło.
Nie miałem czasu przepraszać, bo musiałem łapać „swego” przeciwnika, który schował się pod stół; pomyślałem jednak, że pierwszy cios, który obalił mnie jak uderzeniem piorunu, zadał mi też ktoś ze „swoich”, czy Bogaczew, czy Sokołow, bo tylko tacy mocarze mogli bić równie potężnie.
Po kilku minutach związani złoczyńcy, eskortowani przez nas, ze smutnie spuszczonymi głowami wlekli się w stronę łodzi. Sokołów niósł worek z banknotami i z maszyną drukarską, policmajster zaś, z rewolwerem w ręku, przyśpieszał pochód. Ja byłem w ariergardzie, trzymając się za podbite oko i rozcierając sobie szyję, która bardzo mnie bolała. Byłem ciekaw widzieć to oblicze, które zjawi się w zwierciadle, gdy się do niego dorwę, ale przewidywałem, że będzie ono pożałowania godne. Lecz przewidywania moje były dalekie od rzeczywistości, która przeszła najbujniejszą fantazję.
Sokołow uwolnił wystraszonego chłopa i odkneblował mu usta, później kolejno związał jeńców, zamieniwszy ich w półgąski i poukładał na dnie łodzi. Odbiliśmy od brzegu i popłynęli ku wsi. Chłop wiosłował sumiennie, z przerażeniem spoglądając na atletyczną postać Sokołowa. Łódź szybko posuwała się naprzód.
Byliśmy na środku rzeki, gdy nagle jeden z jeńców jak wąż wyprężył się i podrzucił do góry. Uderzył sprężystym swym ciałem o krawędź łodzi, która omal nie przewróciła się, silnie zaczerpnąwszy wody. Zdążyłem tylko zauważyć, że wpadł z pluskiem do rzeki; prąd porwał, a ciemność pochłonęła śmiałego zbiega. Policjanci dali w jego stronę kilka strzałów. Gdy byliśmy już w pobliżu wsi, z daleka doleciał nas ponury, przeciągły krzyk. Czy był to triumfujący okrzyk zbrodniarza, który dopłynął do brzegu, czy ostatni odgłos walki życiowej, po którym wartka głęboka Ob poniosła martwe już ciało na północ, do Oceanu Lodowatego?
Bogaczew kazał dać wóz i zawołać trzech chłopów do eskortowania aresztowanych, po czym weszliśmy do domu wójta na herbatę. W izbie, oświetlonej małą lampką naftową, było dość mroczno, lecz spostrzegłszy lustro, wiszące na ścianie, podszedłem, żeby skontrolować stan swej twarzy.
Krzyknąłem z przerażenia! Prawe oko było zupełnie czarne od potężnego sińca i zapuchło tak bardzo, że pozostawała tylko mała szparka, przez którą wyzierała zrozpaczona źrenica. Na czole miałem dużą krwawą pręgę od uderzenia czyjegoś bata w chwili, gdym upadł. Szyja bolała mnie tak, że z trudnością mogłem nią poruszać.
— Urządzili mnie jednak? — zauważyłem, nadrabiając miną i śmiejąc się bardzo sucho.