— Jutro niedziela... Będę odprawiał nabożeństwo...
Jeszcze raz spojrzał ostrym, przejmującym wzrokiem na kobietę, która siedziała z głową nisko spuszczoną, podniósł rękę do błogosławieństwa, szerokim ruchem przeżegnał wszystkich zebranych i wyszedł, szczelnie zamknąwszy drzwi za sobą.
W izbie zapanowało długie milczenie.
Uważnie przyglądałem się obecnym, a myśl pracowała, gubiąc się w domysłach.
— Straszny to mnich! — odezwał się gospodarz z ciężkim westchnieniem.
— Oj, tak! — zawtórowały mu dwie kobiety wiejskie — Straszny!...
— Świątobliwy człowiek! — gorącym, niespodziewanie silnym głosem wybuchła nieznajoma. — Wielką prawdę głosi ten mnich, a jeżeli jest ona straszna, to czyż nasze grzechy nie są stokroć straszniejsze? On, świątobliwy, jeszcze bardziej za nas cierpi!
Podczas tej gorącej mowy uwagę moją zwrócił jakiś cień, który zjawił się w oknie, tuż przy szybie, lecz natychmiast znikł w ciemności. Po chwili zjawił się znowu, a wtedy dojrzałem bladą twarz, nos i przejęte trwogą oczy.
— Pójdę spojrzeć na konia! — rzekłem, wychodząc.
Szybko wybiegiem z podwórka i z poza rogu domu wyjrzałem. Zobaczyłem porządnie ubranego mężczyznę, który, zapatrzony w okno, nie zwracał uwagi, co się wkoło niego dzieje.