— Do widzenia! — rzekłem i wyszedłem na ścieżkę.
Las tymczasem zaczął głośną rozmowę, głuchą i groźną. Wiatr kołysał i szarpał wierzchołki drzew. Po niebie sunęła z daleka ciemno-szara chmura, zwiastunka zbliżającej się burzy. Przed nią pędziły powichrzone i poszarpane białe obłoki, co chwila zmieniając swe kształty. Gdzieś w gąszczu kwilił krogulec i z krakaniem krążyło ponad lasem czarne stado wron.
Ścieżka, wijąc się pośród lasu, wyprowadziła mnie na obszerne błoto, zarośnięte krzakami i ostem.
Nogi grzęzły w rozmiękłej ziemi, a stojące w pobliżu kępy za każdym moim krokiem drżały i kiwały się na wszystkie strony. Nie wątpiłem, że ścieżka przecinała trzęsawisko.
Szedłem jeszcze około godziny, wreszcie trafiłem na obszerną polanę, otoczoną gęstym lasem. Na przeciwległym jej krańcu stała mała kaplica, zbudowana z belek modrzewiowych, już sczerniała ze starości, z pochyloną kopułą i z krzyżem na niej.
Kilku wieśniaków, przybywających tu z innej strony lasu, wchodziło właśnie do wnętrza kaplicy. Wszedłem razem z nimi. Mroczno tu było i ciasno, gdyż około pięćdziesięciu ludzi zgromadziło się w małej i niskiej izdebce. Wsunąłem się w najciemniejszy kąt i zacząłem się rozglądać. Przy jedynym malutkim okienku stał stół drewniany z prostych, heblowanych desek, a na nim krzyż mosiężny obok Biblii. W kącie na lewo wisiał zupełnie czarny od starości obraz Chrystusa, przed którym w wiszącym świeczniku jarały się dwie cienkie woskowe świeczki ledwie dostrzegalnym płomykiem. Ogniste języczki świec to siniały, przygasając, to rozpalały się silniej w większe żółte płomyki. Cienie i błyski biegały po obrazie Zbawiciela świata, w wieńcu cierniowym, o groźnym i surowym wyrazie twarzy. Pod wpływem migających świateł ożywiały się oczy Chrystusa, nabierały blasku, a usta zdawały układać się w uśmiech bolesny, pełen męki i trwogi.
Chłopi z przerażeniem patrzyli w żyjącą twarz Syna Bożego, coraz częściej padali nu kolana i, czyniąc znaki krzyża, bili czołem o podłogę.
Za stołem stał w pozie nieruchomej, jakby z czarnego kamienia wykuty, blady mnich o pałających oczach i z natężeniem wpatrywał się w okno, coś szepcąc cienkimi wargami. Niedaleko od stołu zauważyłem nieznajomą. Klęczała z oczami wlepionymi w podłogę i widocznie się modliła.
Nagle mnich szybkim ruchem zwrócił się do zebranych, objął ich płomiennymi oczami i głosem, budzącym trwogę, rzekł:
— Oto wzrokiem duszy mej widzę zbliżającego się Boga, Twórcę świata i dusz naszych, Boga — czarę wszelkich błogości i dobra; Boga — sędziego za grzechy ludzkie! Módlcie się i proście go wołaniem duszy swojej, ogniem serc waszych, aby zstąpił pośród nas, w żywym ciele ukazał się nam grzesznym i zezwolił, abyśmy byli przed Jego obliczem!