Nie spałem przez całą noc, myśląc, co mam czynić z tym fantem i żałując, że nie ma w pobliżu głębokiego jeziora: wrzuciłbym do niego Sulimana, a dziewczynę wyprawiłbym do domu, dawszy jej, jako kałym, czyli wiano, parę funtów karmelków ze sklepiku wiejskiego.
Ale co robić? Co robić?
Ta myśl prześladowała mnie przez cały czas badań na jeziorze Czany, gdzie wykryliśmy bardzo ciekawe zjawisko. Jezioro to ma wodę słoną, pozbawione jest ryb, i tylko północno-zachodnia jego zatoka posiada wodę słodką, obfitującą w wielką ilość karpi, linów, szczupaków i okoni.
Czany jest zarośnięte gęstymi trzcinami i otoczone błotami, gdzie gromadzą się dzikie kaczki, a nawet gęsi, które się tu zatrzymują w czasie przelotu na północ. Bardzo często chodziłem na polowanie, a za każdym razem moja nieproszona Hanum zrywała się, aby mi towarzyszyć. Nie pozwalałem na to ku wielkiemu niezadowoleniu Sulimana i ku rozpaczy Bibi-Ajne.
Wreszcie pewnego dnia przyłapała mnie, gdym powracał z polowania, obładowany kaczkami i zdejmując ze mnie worek z ptakami, swym śpiewnym głosem rzekła:
— Mój pan wciąż się gniewa na Bibi?
Poczułem, że zbliża się stanowcza rozprawa, i aż mi się zimno zrobiło!
— Ja się nie gniewam na ciebie, dziewczynko — odparłem, śmiechem pokrywając swe zmieszanie.
— Nie jestem dziewczynką, skoro ojciec i brat dali mnie tobie za hanum! — zawołała z gniewem.
— Nie jesteś mi przecież żoną! Moja wiara zabrania mi żenić się z mahometanką, Bibi.