Punktem, do którego dążyli zbiegowie, była mała osada Pogibi, na zachodnim brzegu wyspy, zaledwie o 50 kilometrów oddalona od kontynentu.

Przedostawszy się przez Cieśninę Tatarską, zbieg mógł się ukryć w gęstej tajdze Kraju Amurskiego i powoli posuwać w stronę miasta Nikołajewska, którego przedmieścia były zaludnione przez różne elementy awanturnicze, chętnie ukrywające przybyszów o ciemnej i krwawej przeszłości i nawet się posiłkujące nimi w pewnych wypadkach. Sama osada Pogibi, czyli inaczej „miejsce zguby”, była zaludniona przez wychodźców z przedmieścia Nikołajewska, trudniących się rybołówstwem, kontrabandą oraz urządzaniem za grubą opłatą ucieczek dla wygnańców sachalińskich. Zbiegowie płacili zwykle w ten sposób, że zabijali lub ograbiali nieprzyjacieli i konkurentów swego zbawcy, szmuglowali dla niego towary z wyspy na kontynent lub odbywali niebezpieczne wyprawy w głąb Sachalinu lub na wyspę Fok, położoną w Zatoce Cierpliwości, gdzie tępiono foki i przewożono na ląd stały na sprzedaż.

Droga rządowa prowadziła właśnie do Pogibi, i nią to sunęły moje wozy pod dowództwem Karandaszwili.

Pomiędzy Due a Pogibi spotkałem w kilku miejscach, w łożyskach małych rzek, prace górnicze kolonistów. Poszukiwano tu i przemywano złotodajny piasek, nie bardzo bogaty, lecz za to zalegający wielkie obszary. Nie sądzę, żeby tu można było prowadzić gospodarkę przemysłową, stosując wyłącznie silę ludzką, lecz zastosowanie dróg i ekskawatorów dałoby niezawodnie doskonałe wyniki. Jednak koloniści zawzięcie pracowali i wydobywali pewne ilości złota, które byli obowiązani dostarczać wyłącznie zarządowi więziennemu, wypłacającemu im za nie połowę ceny ustalonej przez rząd.

Wspaniałe lasy pokrywały niewysokie góry, przecinające wyspę z północy na południe. Miejscami była tu zupełnie dziewicza knieja, która stawała się dzikszą bliżej wschodniego brzegu Sachalinu, zupełnie niezaludnionego. Nawet siedząc na wozie mogłem dostrzec różne zwierzęta dzikie, większe i mniejsze. Wiewiórki skakały pośród gałęzi rozłożystych cedrów i sosen. Parę razy kuny i lisy przebiegały mi drogę, nocami zaś dość często słyszałem głuche, nerwowe szczekanie wilków. Pewnego razu, przejeżdżając przez małą lecz wartką rzeczułkę, spostrzegłem w gęstych zaroślach rogi łosia. Nie poruszył się nawet, gdy zaczęliśmy krzyczeć i gwizdać. Zdziwiło mnie to bardzo i zapytałem mego stangreta, co by to mogło znaczyć?

— W lecie Sachalin nawiedza straszna plaga: gryzące bąki, muchy, meszki i komary — zaczął opowiadanie stangret. — Te owady omal że nie zjadają bydła, źrebiąt i cieląt; o ile nie są one owinięte w płachty lub w rogoże — giną wkrótce po urodzeniu. Dzikie zwierzęta również cierpią od tych owadów; muchy przegryzają im skórę i składają w rany swe zarodki, które, rozwijając się i zamieniając w robaki, wgryzają się w mięśnie, co sprawia szalony ból. Zwierzęta ukrywają się w gęstwinie, gdzie much i bąków jest mniej i bardzo niechętnie z niej wychodzą.

Tak mnie objaśnił mój stangret-zabójca, a mówił to z takim wyrazem twarzy, że łatwo można było sobie wyobrazić, jaką plagą są te owady. Zresztą, po zachodzie słońca na własnej skórze się o tym przekonałem. Lecz w chwili, gdy słuchałem tego opowiadania, instynkt myśliwski zmusił mnie do urządzenia łowów. Zszedłem z wozu i zaczaiłem się za stromym brzegiem rzeczułki, posławszy przedtem Karandaszwilego i jednego ze stangretów, by obeszli łosia z dwóch stron i wypędzili go z gęstwiny ku rzeczułce. Siedziałem dość długo, wreszcie usłyszałem krzyki mych pomocników, w parę zaś minut potem trzask gałęzi i odgłosy kopyt na brzegu, zasypanym żwirem. Przygotowałem się do strzału i uniosłem głowę. O sto kroków przede mną stał łoś, uważnie nadsłuchując i ostrożnie strzygąc długimi uszami. Wysunąłem strzelbę i zacząłem mierzyć do wspaniałego zwierza. Zauważył mnie od razu. Przez mgnienie oka przyglądał mi się, po czym, pochyliwszy rogatą głowę, rzucił się do ataku. W połowie drogi mój strzał go zatrzymał i rzucił na kolana. Po chwili łoś ciężko zwalił się na lewy bok i, zrobiwszy kilka bezskutecznych wysiłków, aby się podnieść, wyciągnął swe potężne długie nogi i pozostał nieruchomy.

W jednej chwili nadbiegli moi „zbóje” i, ściągnąwszy z łosia skórę i rogi, odcięli doskonałe szynki i comber.

— Dobra nasza! — wołał z uniesieniem łatwo zapalający się Gruzin. — Będziemy mieli doskonałe i świeże jedzenie! A teraz niech pan spojrzy na skórę.

Mówiąc to, podniósł ją w górę i rozciągnął przede mną.