— Idź za mną....
Wyszli. Po godzinie Łysakow powrócił; był cały uwalany w błocie, ubranie miał w kilku miejscach podarte, jak gdyby przedzierał się przez gęste, kłujące krzaki.
— Już? — spytał go Karandaszwili.
Skinął głową w milczeniu i usiadł przy stole. Wkrótce zatętniły kopyta kilku koni i rozległo się silne łomotanie do drzwi. Drgnęliśmy wszyscy.
— Otwieraj, otwieraj! — rozległy się głosy żołnierzy.
Gospodarz skierował się ku drzwiom, lecz żona go zatrzymała za rękę i rzekła twardym głosem:
— Przebierz się i schowaj dobrze ubranie i buty! Sama otworzę.
Oboje wyszli z izby. Po chwili z łoskotem karabinów i ciężkich butów weszło kilku ludzi. Na czele ich był mały, rudy oficer, Nosow, o twarzy pokrytej piegami.
Zatrzymał się i uważnie się nam przyglądał, wreszcie, sepleniąc, zapytał:
— Gdzie są Łysakowie?