Nic jednak nie mogłem wykombinować, więc zapytałem wprost.
— Widzę, że pan tu jest niedawno! — roześmiał się nieznajomy. — W przeciwnym razie musiałby pan wiedzieć o mnie. Jestem Andrzej Bołotow.
Nazwiska tego nigdy nie słyszałem, więc zapytałem znowu, czy dawno przebywa na wyspie, skąd i po co tu przyjechał.
Odpowiedział, że mieszka już około siedmiu lat, przybył tu z guberni tomskiej; potem zamyślił się na chwilę i ciągnął dalej:
— Przyjechałem tu w sprawach religijnych, gdyż sądziłem, że ci ludzie potrzebują czymś uciszyć wyrzuty sumienia, zagłuszyć echa swojej winy. Sprzedawałem książki religijne, Biblię świętą, obrazki i krucyfiksy, a także zbierałem ofiary na budowę kościołów...
— Dobrze wam się powodziło? — zapytałem.
Umilkł, a twarz mu nagle spochmurniała.
— Bardzo dobrze! — zaśmiał się szyderczo. — Widzi pan siwiznę na moich włosach? To są skutki powodzenia mojej misji chrześcijańskiej.
— Nie rozumiem!...
— O tak! — wybuchnął. — Trudne to jest do zrozumienia, bardzo trudne...