— Mówię, jakbym się chwalił... Ale to nie jest przechwałka. Mówię, jak na spowiedzi, gdyż dochodzę już do kresu swego życia. Czuję to wyraźnie. Powiem więcej: myślę, że teraz powróciłem z ostatniej podróży na morzu, które tak dawno widzi mnie pośród swych fal.

Starałem się przeczyć, ale widząc, że to nie wywiera żadnego skutku, spytałem:

— Jakie podróże odbywacie, ojcze, po morzu?

Odpowiedział od razu głosem bardzo ożywionym, z czego wywnioskowałem, iż to go bardzo obchodzi.

— Siedząc tu, na samym brzegu, przy końcu Cieśniny Tatarskiej, często widziałem łodzie rybaków i zbiegów z Sachalinu, unoszone przez fale i wichry na otwarte morze, gdzie je niezawodnie czekała zguba.

Obowiązkiem chrześcijańskim jest ratowanie tonących, a nawet, jak mi opowiadano, sygnałem tonącego okrętu, wołającego o pomoc tajemniczym, niemym głosem telegrafu bez drutu, są trzy litery S. O. S., co znaczy „Save our souls89”. Więc zacząłem ratować te „dusze tonące”. Wybudowałem z pomocą dwóch swych starych przyjaciół, Ajnosów — chrześcijan, dobrą łódź i z nimi wypływam podczas każdej burzy na pomoc ginącym. Na tym piaszczystym przylądku, gdzie uwiązujemy naszą łódź, palę po nocach latarnię morską dla zbłąkanych.

Mówiąc to, z cicha się zaśmiał i wskazał mi przez okno wysoki maszt z wiszącą na nim latarnią.

— Palimy w lampie tran, a gdy szaleje burza, zapalamy wielkie ognisko, do którego wrzucamy kir, aby żaden wicher i ulewa nie mogły zagasić ognia. Moi Ajnosi są bardzo wprawnymi i śmiałymi żeglarzami, zaraz ich panu pokażę.

Klasnął w dłonie. Weszli starsi Ajnosi, przybrani w skórzane kurty, spodnie i w długie, uwiązane do pasa buty. Mieli twarze straszliwe, gdyż byli bez nosów, powiek i warg i szczerzyli duże, żółte zęby kościotrupów! Nie wątpiłem co do rodzaju choroby, która w tak straszny sposób zeszpeciła te twarze spokojnych, wiernych Ajnosów.

— Trąd? — spytałem.