W parę godzin później pożegnałem „Czarnego Mnicha” przy krzyżu, do którego mnie odprowadził. Długo stał, jak wysoki posąg czarny, z ręką wzniesioną do błogosławieństwa. I znowu odczułem pogodny majestat tej tajemniczej duszy, która za popełnioną, jej tylko znaną zbrodnię, przeszła ogniste męki sumienia i wspomnień, stopiwszy się nareszcie z wieczystym pokojem w jedną wspaniałą całość, czystą jak kryształ, hartowną jak stal, i wrażliwą jak powierzchnia bezbrzeżnego morza.
W Due czekał już na mnie „Aleut”. Kapitan okrętu oznajmił mi, że musi przepłynąć cieśninę Tatarską i dotrzeć do Przylądka Marii, ponieważ dostał rozkaz od jednego z wielkich książąt dostarczenia listów „Czarnemu Mnichowi”.
Zaproponował mi, bym oczekiwał powrotu „Aleuta” w Due, lecz ja wolałem odbyć podróż cieśniną.
Po dwóch dniach późną nocą rzucono kotwicę w piaszczyste dno o dwa kilometry od przylądka.
— Dziwna rzecz! — zauważył kapitan. — Dziś morze dość burzliwe i mnich zawsze w takich razach zapala swą latarnię. Nie widziałem jednak ognia. Może jest na morzu, ale przecież nie spotkaliśmy go w cieśninie?... Coby to mogło znaczyć?
Tej nocy nie mogliśmy spuścić łodzi i wylądować.
Nazajutrz bardzo wcześnie byliśmy już w siedzibie Mnicha.
Nikt nas nie spotkał. Weszliśmy do domu. Wszystko tu pozostawało po dawnemu.
Otworzyliśmy drzwi od celi starca i mimo woli umilkliśmy.
Przed wysokim pulpitem z Bibilią, pokrytym czarną aksamitną serwetą, z wyszytymi na niej srebrnymi krzyżami, w pozie skulonej leżał stary mnich. Widocznie śmierć go zaskoczyła w chwili, gdy, modląc się, ukląkł i czołem dotykał ziemi. Miał kaptur nasunięty na twarz, a kościste, już skrzepłe, palce mocno trzymały paciorki różańca.