Posprzeczaliśmy się nawet z moim kochanym nauczycielem.
— To azu tak nas podcięło! — zauważył z goryczą w głosie.
— Nie! Myślę, że za dużo zjedliśmy tych opływających tłuszczem sułty! — odparłem.
— Ależ nie! — twierdził profesor — Sułty ma lekki, strawny tłuszcz. To azu z jakimiś korzonkami, jarzynkami i z suszonymi jagodami — było wprost trucizną!
Obstawałem jednak przy swoim zdaniu, profesor zaś bronił sułty i pioruny miotał na azu. Nie udało się nam dojść do porozumienia, ale później on obawiał się sułty, ja zaś wystrzegałem się azu.
Rozdział VI. Dramat stepowy
Nie przeczuwaliśmy, podejmowani przez Spirina, że jesteśmy w rodzinie, na którą miało w dwa dni później spaść wielkie nieszczęście.
Profesor w parę dni po powrocie od Tatara posłał mnie w step na rekonesans dla pewnych prac geologicznych. Szukałem takich pokładów, które mogłyby być źródłem siarczanu magnezji w wodzie Szira. Zapuszczałem się w wąwozy, wyryte przez potoki wiosenne, oglądałem urwiste brzegi wyschłych rzek stepowych, gdy nagle spostrzegłem duże stado kruków i kilka wielkich sępów, krążących nad jednym miejscem. Domyśliłem się, że leży tam trup zdechłego konia lub wołu, ale gdy wchodząc na niewysoki pagórek, spojrzałem w tę stronę, wydało mi się, że ujrzałem leżącego w trawie człowieka.
Poszedłem na miejsce wypadku i aż serce przestało mi bić w piersiach, gdy poznałem w leżących w trawie dwóch trupach znanych mi już śmiałych i wspaniałych jeźdźców: Machmeta, syna Spirina, i jego robotnika, tęgiego Alima. Leżeli z twarzami zeszpeconymi uderzeniami siekiery i z roztrzaskanymi głowami. Żadnych śladów walki naokoło nie zauważyłem.
Towarzyszący mi Hak zbadał zabitych bardzo starannie i z powagą i znajomością rzeczy zaopiniował: