Korzystając z niemożliwości rozpoczęcia bezpośrednich prac z powodu przebudowywania lokalu dla mego laboratorium, poznawałem okolice miasta i najbliższe miejscowości na półwyspie Murawiew-Amurski i w obydwóch zatokach.

Pewnej niedzieli, wziąwszy strzelbę, poszedłem w góry, porośnięte drobnym i rzadkim lasem. Była to bezludna miejscowość34. Dziwiło mnie to bardzo, gdyż o jakieś dwa kilometry pod tymi górami wrzało duże miasto portowe, w zatoce „Złoty Róg” krążyły handlowe i wojenne statki pod flagami różnych państw, prawie 300,000 mieszkańców wiodło czynne życie, a tu, w górach, panowała pustka i cisza. Olbrzymie jastrzębie, szybkie sokoły i czarne orły o białych ogonach ciężko unosiły się z ziemi, lub z samotnie stojących skał, i odlatywały; w gęstych zaroślach dębów uganiały się małe zające — mieszanina zająca białego i królika; wiewiórki gziły się pośród gałęzi niewysokich drzew; śród kamieni pełzały węże i jaszczurki, a olbrzymie pająki-krzyżaki snuły swe mocne a zdradliwe sieci pomiędzy drzewami.

Parę razy na polanach zrywały się przepiórki i zapadały w gąszczu. Już straciłem nadzieję polowania, gdy nagle z jakimś wyjącym piskiem wysunęło się spoza kamieni ciemno-brunatne zwierzątko o długim włosiu. Biegło szybko, kierując się w stronę nagiego szczytu. Wystrzeliłem. Zwierzątko upadło, zaczęło się wić na jednym miejscu, ale po chwili podniosło się i z wielką szybkością pobiegło dalej. Zatrzymał je drugi nabój grubego śrutu. Podszedłem i zobaczyłem ciemnobrunatne zwierzątko o białej sierści na piersiach i brzuchu i o długich, jasnych włosach, rosnących z rzadka pośród ciemnego futra. Było bardzo podobne do niedużego psa, tylko bardziej puszyste i zupełnie dzikie. Gdym je obejrzał szczegółowo, przekonałem się, że jest to szop35, obecnie znikający na obszarach Dalekiego Wschodu i pozostający jeszcze w Korei i we wschodniej części chińskiej prowincji Heilunkiang, czyli Mandżurii.

Przez cały czas mego pobytu i podróży po Kraju Ussuryjskim jeszcze raz spotkałem szopa. Było to na rzece Majche, niedaleko od kopalni węgla.

Klub myśliwski po pewnym czasie mego pobytu we Władywostoku zaprosił mnie na polowanie na aksisy-jelenie (Cervus axis), których znaczna ilość przechowała się na wyspie Askolda, leżącej w zatoce Piotra Wielkiego. Do pionowo wystających z morza brzegów tej skalistej wyspy dowieziono nas niewielkim statkiem parowym. Zaczęliśmy się wznosić wąskimi ścieżkami, wijącymi się pośród skał, wreszcie weszliśmy na cudowną płaszczyznę, pokrytą wspaniałym lasem z dębów, grabów i leszczyny. Rozstawiono nas w jednej linii i uprzedzono, że strzelać możemy tylko kulami ekspresowymi i zabijać wyłącznie samców.

Staliśmy, zachowując głębokie milczenie. Dwóch naganiaczy ze sforą psów gończych obchodziło las jednocześnie od obydwóch brzegów. Po długim oczekiwaniu lekki wiatr przyniósł nam odgłos trąbki myśliwskiej, a w chwilę później bardzo dalekie szczekanie puszczonych na trop psów. Ujadanie zaczęło zbliżać się szybko do linii strzelców. Można już było odróżnić różne tony głosów goniącej psiarni: basowe, przeciągłe lub urwane, cienkie i dźwięczne jak dzwonki, czasem wprost niecierpliwe, histeryczne skomlenie lub rzadkie wycie. Przede mną wznosił się niewysoki, okrągły szczyt, całkowicie pozbawiony roślinności. Na nim ujrzałem kilkanaście ciemnych postaci jeleni. Zatrzymały się i nadsłuchiwały, widocznie daleko pozostawiwszy za sobą psy, pędzące ich śladami. Wziąłem lornetkę i przyjrzałem się jeleniom. Stały, strzygąc długimi uszami, ostrożnie obracając głowy i węsząc. Powinny były wyjść na mnie, lecz, niestety, były to samice, a więc nie miałem prawa strzelać do nich. Krew się we mnie burzyła na myśl, że obok mnie przemknie bez wystrzału całe to stadko, ja zaś będę tylko patrzył i klął!

Nareszcie stado ruszyło dalej, gdyż psy już się zbliżały. Szły na moje stanowisko, ale w chwili, gdy miały już wpaść do zarośli, które były przede mną z lewej strony rozległ się strzał któregoś ze szczęśliwszych myśliwych. Cała gromada natychmiast się rozproszyła i od razu znikła mi z oczu. Byłem nawet rad, że się tak stało, bo nie miałbym żadnej pokusy. Stałem już znacznie spokojniejszy, gdy nagle usłyszałem przed sobą trzask suchych gałęzi. Myśląc, że to jedna z samic zabłądziła i wyszła na mnie, spojrzałem w tę stronę, i nogi mi zadrżały ze wzruszenia! O jakie 60 kroków przede mną stał olbrzymi ciemnoszary samiec ze wspaniałymi rogami i, odrzuciwszy głowę w tył, nadsłuchiwał. Z dala już grały psy gończe. Przygotowałem się do strzału, lecz najlżejszy ruch wystarczył, by jeleń spostrzegł mnie w krzakach. Jednym susem skoczył i rzucił się w tył, zawadziwszy jednak rogami o suchą gałąź dębu, złamał ją i poniósł ze sobą. Odbiegł zaledwie pięć kroków, gdy przebrzmiał mój strzał. Zwierzę padło, jak rażone piorunem. Kula przebiła i zdruzgotała mu w kilku miejscach kręgosłup.

Już dostrzegałem w krzakach nadbiegające psy, gdy nagle na stanowisku mego sąsiada huknął wystrzał, a wnet po nim duży jeleń, przesadzając krzaki i zwały kamieni, pędził przez zarośla. Dałem do niego dwa strzały, po których upadł, a psy natychmiast wsiadły na niego. Jeleń jeszcze żył i strzelec, idący za psami, dobił go pchnięciem noża.

Podczas polowania nawet nie słyszałem, że na linii była dość ożywiona strzelanina. Po polowaniu, gdy już wszystkie psy ściągnęły, pokazało się, że zabito tego dnia sześć jeleni, a do drugiego z upolowanych przeze mnie strzelano z pięciu stanowisk, gdyż mknął on wzdłuż linii strzelców, aż dobiegł do fatalnego dla siebie krzaku przed moją pozycją. Oprócz moich dwóch kul nie miał w sobie żadnej innej.

Całe polowanie, które składa się z jednego round’a, zajęło nam nie więcej niż dwie godziny. Do wieczora pozostawało dużo czasu, postanowiłem przeto zwiedzić kopalnię złota, znajdującą się na wyspie.