Jednak nastąpić musi czas, gdy ilość siarkowodoru, wytwarzanego przez Beggiatoa, zabije i tych przedstawicieli dawnej fauny jeziora, i wtedy zakończy się proces jego zamierania, gdyż i same bakterie ostatecznie strują się produkowanym przez siebie szkodliwym gazem.
Byłem niegdyś wraz z prof. Werigo na badaniach limanów5 pod Odessą i niektórych rejonów morza Czarnego. Tam także odbywał się proces zamierania, grożąc w bliższym lub dalszym terminie zupełnym zanikiem życia w tym morzu. Ponieważ ten proces odczuwają ryby, postrzegamy przeto, że coraz bardziej omijają one morze Czarne, bowiem na znaczniejszych głębokościach spotykają tam już zatrute warstwy wody, coraz bardziej posuwające się do góry, ku powierzchni morza.
Tak się odbywa ponury i smutny okres śmierci dużych basenów wodnych, zamieniających się w martwe zbiorniki słonej wody, przesyconej siarkowodorem. Takim basenem od dawna jest morze Martwe w Palestynie, ogromna zaś ich ilość jest rozrzucona na niezmierzonych obszarach Azji.
Bardzo ciekawym zwierzątkiem jest Hammarus.
Tysiące tych raczków pływa w wierzchnich warstwach Sziro i bardzo energicznie atakuje kąpiących się, uderzając w ich ciała swoimi ostrymi główkami a potem błyskawicznie uciekając. Kiedy wrzucaliśmy do wody kawałki chleba lub korka, widzieliśmy, że dookoła kotłowało się od tych żyjątek, które obracały rzucony przedmiot na wszystkie strony, zjadając go bardzo szybko.
Podczas naszych wycieczek po jeziorze, nieraz przybijaliśmy do brzegu północnego, gdzie wpadał niewielki strumyk słodkiej wody i gdzie rosły trzciny i sitowia. Pociągały nas tu wielkie kaczki czarne, tak zwane turpany (kormorany), czyli „kruki morskie”. Mieszkały, oczywiście, gdzieś na innym jeziorze, lecz przylatywały tu w jakimś celu.
Ponieważ gorzko-słona woda Sziro jest wyborna na choroby żołądkowe, więc turpany przylatywały tu może — dla kuracji?
Zastrzeliliśmy kilka okazów, lecz żałowaliśmy tego później, gdyż mięso miały ohydne, twarde, cuchnące rybami.
Pewnego razu, gdyśmy siedzieli na brzegu strumyka i pili herbatę, usłyszeliśmy za sobą szmer i spostrzegli jakąś głowę, która natychmiast znikła w wysokiej trawie.
Poszliśmy w tę stronę i znaleźliśmy zaczajoną tu malutką, bardzo przystojną Tatarkę. Gdyśmy się do niej zbliżyli, rozpłakała się. Długo nie mogliśmy jej uspokoić. Nareszcie dała się namówić i poszła z nami do naszego ogniska. Tu, pijąc herbatę i gryząc cukier, opowiedziała historię smutną, lecz, niestety, zwykłą w Azji, z wyjątkiem Mongolii.