— Gdzieś tu powinien być! — szepnął jeden z myśliwych. Obaj stale się oglądali, od czasu do czasu czyniąc gwałtowne zwroty w tył. Później się dowiedziałem, że tygrys, gdy poczuje pościg, obchodzi myśliwego i napada z tyłu.
Zachowanie się myśliwych denerwowało mnie i budziło trwogę. Byli to ludzie młodzi, jeszcze niedoświadczeni. Począłem żałować, że zgodziłem się z nimi polować. Nagle w gęstej trawie rozległo się żałosne skomlenie psów, i obydwa przybiegły do nas z podwiniętymi ogonami, drżące i wystraszone, cisnąc się do naszych nóg i oglądając z przerażeniem. Moi towarzysze... zaczęli zmykać, wołając na mnie.
Z wielkim wysiłkiem woli wstrzymałem się parę sekund, po czym może nazbyt szybko ich dogoniłem. Szliśmy w milczeniu, dość zawstydzeni. Nawet psy rozumiały całą doniosłość skandalu i biegły za nami, ponuro spuściwszy łby.
— Straszno było! — mruknął jeden z myśliwych.
— Oj, straszno! — natychmiast odezwał się drugi.
— Jeden tygrys, i to już za dużo — ciągnął dalej pierwszy — a tu ci dwa od razu!
— Skąd wiecie, że były dwa tygrysy? — zapytałem, zły na cały świat.
— Czy nie widzieliście śladów? — zapytał. — Były to ślady dwóch różnych tygrysów. Pewno para ich tu łazi...
— Od strachu dwoi się wam w oczach! — zawołałem.
— Będzie się dwoiło, gdy człowiek wpadnie na parę takich diabłów! — odparł. — Żeby się to dwoiło! Ale tam były naprawdę dwa. Dwa tygrysy czaiły się w trawie i w krzakach, bo nawet psy nie szczekały, ale od razu uciekły, ponieważ tygrysy pewno zaczęły się do nich skradać z różnych stron...