Podróżując po Kraju Ussuryjskim, zwiedzałem nie tylko samotne fanzy chińskich lub rosyjskich odludków, poszukujących tajemniczego dżen-szengu i złota, lub polujących na sobole, kuny, jelenie i niedźwiedzie, lecz i większe osady, najczęściej kozaków lub chłopów ukraińskich, przesiedlonych tu znad brzegów Dniepru lub Dniestru. Osady te, o ile są położone z dala od linii kolejowej, łączącej Władywostok z Chabarowskiem, przedstawiają zbiorowiska złożone z 10–50 chat, rozrzuconych zwykle na dużej przestrzeni, gdyż odległość między chatami jest znaczna.
W tych wsiach, zaprzepaszczonych w lasach i nad brzegami bystrych rzek górskich, życie płynie zupełnie inaczej niż w miastach lub nawet w osadach więcej zbliżonych do kolei. Jakieś dziwne prawa obyczajowe, swoista moralność i wyraźne wpływy koczowników mongolskich panują tu bez żadnych krępujących je reguł.
Na tym tle rozgrywają się nieraz życiowe dramaty, ciężkie i ponure. Byłem świadkiem jednego takiego wypadku, gdy podróżowałam konno od stacji Czernihowskiej do brzegów zatoki Tetiuche.
Ścieżka biegła przez obszary leśne i przecinała główny grzbiet Sichota-Alin. O 60 kilometrów od wybrzeża morskiego dogonił nas młody kozak. Służył on w straży pogranicznej w Mandżurii, gdzie w potyczce z chunchuzami dostał postrzał w piersi i, po wyjściu ze szpitala, otrzymał czterotygodniowy urlop do domu. Był blady i wychudzony, w szeroko rozwartych źrenicach była jakaś ciągła trwoga, miał gorączkę i pluł krwią. Nie rokował wcale długiego życia ten młody milczący kozak.
Jechał z nami parę dni i powoli stał się ze mną szczery, może dlatego, że go trochę leczyłem, dając mu chininę, a na noc, ponieważ źle sypiał — krople walerianowe.
Opowiedział mi więc, że już od trzech lat nie był w domu, za którym tęsknił; z rozrzewnieniem w głosie wspominał o swej malowniczej wiosce, położonej wśród starych dębów, na brzegu rzeki, bystrej i głębokiej, pełnej wirów i odmętów. Szczególnie długo opowiadał o niewielkim jeziorze, porośniętym wysokimi trzcinami, ze ślicznymi, jak z aksamitu, kitami, o szumiących strumykach, wypływających z jeziora.
— O, żeby pan zobaczył to jezioro! — mówił z zachwytem. — Piękne jest, zwłaszcza w noc księżycową. Jeżeli siąść na wysokim brzegu w krzakach dębowych lub za ścianą trzcin, które śpią nad wodą, jezioro wydaje się srebrne. Czasem tylko po jego błyszczącym zwierciadle zaczynają biegać czarne koła i pasma. To ryba gdzieś plusnęła, lub spóźniona kaczka wpadła, rozcięła gładką powierzchnię roztopionego srebra, na której od razu zaczynają wznosić się małe fale, marszcząc srebrne zwierciadło... Jakie to piękne!...
Spojrzałem na przybladłą twarz kozaka, i w jego rozmarzone oczy. Mimo woli uśmiechnąłem się i zapytałem:
— Pewno nie sami siadywaliście w tych krzakach i przyglądaliście się srebrnej wodzie jeziora?
Pochylił głowę i po chwili milczenia szepnął: