Ale my już dawnośmy się rozgościli i prawie leżeliśmy na szerokich ławach, zmęczeni skwarem i walką z komarami, które zapewne przysięgły komuś wyssać z nas całą krew. Inaczej nie umiałbym objaśnić ich zaciętości w owym dniu.
Nawet moi przewodnicy, już przyzwyczajeni do tej „małej” przykrości leśnej, klęli tak energicznie, że aż się konie oglądały z wyrzutem.
Napiliśmy się herbaty, najedli wybornego pieroga ze świeżą kaługą, rybą z rodzaju jesiotrów, i postanowiliśmy trochę wypocząć.
— Ja nie będę spał! — oznajmił starszy przewodnik. — Pójdę się zapoznać z tymi dziwakami — chłopami. Może się od nich dowiem czego o węglu i o złocie. Słuchajcie no, babciu, przecież wasi chłopi po tajdze się włóczą?
— A jakże! — odrzekła. — Las rąbią, polują, zbierają orzechy cedrowe...
— Widzę, że macie tu święte życie! — zaśmiał się wesoło. — A dobrze wam się tu powodzi?
— Chwalić Boga — dobrze! — odparła i przeżegnała się nabożnie. — Ziemia urodzajna, chleba mamy pod dostatkiem i sprzedajemy go do Chabarowska i Nikołajewska, bydła — ile nam potrzeba, chłopi sobole i kuny biją, handlują z Goldami53 spirytusem, tytoniem, prochem i zapałkami, a ci płacą złotem i futrami. My jesteśmy najbliższymi sąsiadami Goldów i najwięcej od nich kupujemy albo bierzemy w komis. Wszystkie ich towary przez nas idą dalej do kolei i do miasta. Sam tylko Golienko zeszłej zimy kupił pięćset soboli i sprzedał w Chabarowsku!...
Mówiła z zachwytem, uszczęśliwiona dobrobytem i powodzeniem.
— Żyć tu z wami, a nie umierać! — wykrzyknął mój kozak, a drugi parsknął głośnym śmiechem i zawołał:
— Dobrze wam, a sami siebie zamykacie w chatach, jak w więzieniu!...