Zauważyłem jednak, że był on człowiekiem doświadczonym i sprytnym, ponieważ wylewał uroczyście na ziemię po kilka kropel, łyki zaś pociągał długie i bardzo głębokie. Z tego sądzę, że dusze zmarłych tego wieczora upić się nie zdołały, ale za to szaman... upił się, jak Bela.

Po alkoholu przyszła kolej na tytoń, którym czarownik po przyjacielsku podzielił się z nieboszczykami, nawet sporą szczyptę soli włożył sobie do ust, tylko nie sprzeniewierzył fajek i bobu.

Po tej ceremonii nastąpiły tańce rytualne szamana.

Posiadał on stanowczo zdolności choreograficzne. Skakał wysoko i zręcznie, wykonywając w powietrzu różne ruchy rękami i nogami; tupał w takt szybkiego warkotu bębna, obracał się na jednej nodze tak szybko, że trudno było rozróżnić jego twarz. Tańczył długo, zgrzał się ogromnie i zaczął, nie przerywając tańca, zrzucać z siebie amulety, kapelusz i wierzchnie ubranie, wreszcie pozostał obnażony do pasa, ale wciąż jeszcze tańczył, wywijając chudymi rękami i konwulsyjnie wykręcając nagie ramiona. Potem stanął. Stanął od razu, jak jakaś sprawna maszyna i, schwyciwszy ubranie i rzemyki z amuletami, podszedł do Goldów i oznajmił im, że dusze zmarłych ofiary przyjęły, a więc dla nowej duszy będą łaskawe.

Czarownik ponownie napił się herbaty, nieco ochłonął, ubrał się, pociągnął ze stojącej do ogólnego użytku misy a wódką, zagryzł kawałkiem pieczonego mięsiwa i znowu się podniósł.

Tym razem nic na siebie nie włożył. Wziął tylko dwie malutkie deseczki z włożonym pomiędzy nie skrawkiem cienkiej jak bibuła, białej kory brzozowej i powolnym krokiem oddalił się w stronę zawieszonego przez siebie nieboszczyka. Stał tam długo, milcząc, jakby w skupieniu, o ile nie było to skutkiem działania wódki, potem zaś usłyszeliśmy dźwięk słaby, jak brzęczenie komara. Szedł on z daleka, zrozumiałem tedy, że szaman wydobywa go z deseczek, które włożył w usta.

To brzęczenie jednak potęgowało się z każdą chwilą, aż wreszcie przeszło w nieustające basowe huczenie, które napełniło cały las, wszystkie jego zakątki od gęstej trawy do koron dębów. Dźwięk ten zakradał się do uszu, serca i mózgu. Chwilami zdawało się, że rozsadzi czaszkę. Niezawodnie czarownik potrafiłby doprowadzić człowieka do szaleństwa za pomocą tych małych deseczek i kawałka kory.

Huczenie zaczęło słabnąć i przeszło w dziwne, ledwie uchwytne dla ucha brzęczenie. Jednocześnie szaman odszedł w cień drzew, a wtedy w różnych miejscach, wśród panujących pod konarami ciemności zaczęły się zapalać blade ogniki fosforyzujące.

Goldowie zaczęli coś szeptać do siebie, z nabożeństwem i trwogą wpatrując się w mrok nocny.

Co to było? Sugestia, wywołana przez grającego szamana, czy też rzucał on w powietrze jakieś świecące przedmioty, na przykład kawałki próchna dębowego, proszek zgniłych grzybów, lub świecące owady, których tak dużo posiada Kraj Ussuryjski?