— A co, bracia — powiedział — wszak ten Gazin dohula się dzisiaj grzechu! I w porę hulać mu się zachciało. A nuż ośmiooki przyjedzie.
— Schowają. A co, mocno pijany?
— Ale gdzie! Zły, czepia się.
— No, to dohula się kułaków...
— O kim to oni mówią? — spytałem Polaka, który siedział obok mnie.
— To Gazin, aresztant. On tu handluje wódką. Jak tylko nazbiera pieniędzy, natychmiast przepija. Zły jest i dziki; zresztą w trzeźwym stanie spokojny, ale gdy się upije, cały na wierzchu; na ludzi z nożem się rzuca. Wtedy go już uśmierzają.
— Jakże go uśmierzają?
— Rzuca się na niego z dziesięciu aresztantów i zaczynają bić straszliwie, i biją dopóty, dopóki nie straci przytomności, to jest prawie na śmierć. Wtedy kładą go na narach i przykrywają półkożuszkiem.
— Przecież w ten sposób mogą go zabić?
— Innego by zabili, ale nie jego. Jest niesłychanie silny, najsilniejszy w całym ostrogu, i dziwnie mocnej budowy ciała. Nazajutrz rano wstaje zupełnie zdrowy.