A jednak, w całości biorąc, życie leśne włóczęgi — to raj w porównaniu z życiem w ostrogu. Prawda, że jest ciężkie, ale swobodne i dlatego to każdy aresztant w Rosji, gdziekolwiek by siedział, staje się niespokojny na wiosnę, z pierwszymi wesołymi promieniami wiosennego słońca, choć nie każdy ma zamiar uciekać. Stanowczo można powiedzieć, że z powodu trudności i odpowiedzialności odważa się na to ze stu jeden; ale za to dziewięćdziesięciu dziewięciu pozostałych przynajmniej pomarzy o tym, jakby to można było uciekać i dokąd: samo wyobrażenie możliwości ucieczki przyniesie ulgę ich tęsknocie. Niejeden przynajmniej przypomni sobie, jak to on kiedyś uciekał... Mówię teraz tylko o zasądzonych; daleko zaś częstsze bywa zbiegostwo wśród zostających pod sądem. Zasądzeni na czas oznaczony zbiegają chyba na początku swego aresztanctwa. Aresztant przebywa dwa, trzy lata katorgi, zaczyna cenić te lata i powoli godzi się z myślą, że lepiej legalnym sposobem zakończyć lata robót więziennych i wyjść na posielenie aniżeli hazardować i narażać się na zgubę w razie niepowodzenia.
A powodzenie tak trudne. Zaledwie dziesiątemu uda się los swój zmienić. Spomiędzy zasądzonych odważają się na ucieczkę częściej od innych ci, których skazano na długoletnie roboty. Piętnaście, dwadzieścia lat wydaje się nieskończonością; skazany na taki termin gotów jest zawsze pomarzyć o przemianie losu, choćby już dziesięć lat odsiedział w katordze. Wreszcie i piętna stanowią wielką przeszkodę w ucieczce. Wyrażenie zaś: „przemienić los” to termin techniczny. Toteż i przy śledztwie zbieg schwytany odpowiada zwykle, że chciał swój los przemienić. To nieco książkowe wyrażenie daje się dosłownie zastosować do rzeczy. Każdy zbieg ma na widoku nie tyle zupełne wyzwolenie — on wie, że to prawie rzecz niemożliwa — ile nadzieję dostania się do innego zakładu karnego albo na posielenie, albo wreszcie spodziewa się, że go będą na nowo sądzić, wskutek nowego przestępstwa, które już jako włóczęga popełnił — jednym słowem chce się dostać dokądkolwiek, byle nie na dawne miejsce, które mu obrzydło, nie do dawnego ostrogu. Wszyscy ci zbiegowie, jeżeli nie znajdą sobie przypadkowo w ciągu lata jakiegoś miejsca, gdzieby mogli przezimować, jeżeli na przykład nie natkną się na jakiego ukrywacza zbiegów, który ciągnie z tego ukrywania korzyść; jeżeli wreszcie nie zdobędą, niekiedy za pomocą zabójstwa, jakiegoś paszportu132, z którym można wszędzie mieszkać — wszyscy oni pod jesień, jeśli ich przedtem nie wyłowią, przybywają gęstymi tłumami do miast i do ostrogów w charakterze włóczęgów i idą zimować do więzień, naturalnie nie bez nadziei uciec znowu latem.
Wiosna oddziaływała i na mnie. Pamiętam, z jaką chciwością patrzałem niekiedy przez szczeliny między palami i jak długo stawałem, bywało, oparłszy głowę o parkan, nie mogąc się nasycić widokiem zielonej trawy, która rosła na wale fortecznym, i dalekiego niebieskiego nieba, które nabierało coraz ciemniejszej barwy. Niepokój i tęsknota z każdym dniem rosły we mnie i ostróg stawał mi się coraz bardziej nienawistny. Nienawiść, której w ciągu pierwszych lat doznawałem nieustannie jako szlachcic ze strony aresztantów, dręczyła mnie niesłychanie, zatruwała mi życie. W te pierwsze lata często bez choroby udawałem się do szpitala, jedynie dlatego, ażeby nie być w ostrogu, ażeby się uchylić od tej uporczywej, niczym nieposkramianej powszechnej nienawiści. „Wy, żelazne dzioby, wyście nas zadziobali!” — mówili do nas aresztanci; jakże zazdrościłem nieraz ludziom z pospólstwa, którzy się dostawali do ostrogu! Ci stawali się od razu towarzyszami dla wszystkich. I dlatego wiosna, mara wolności, powszechna radość w przyrodzie, i we mnie wywoływała smutek i rozdrażnienie.
Przy końcu postu, zdaje się, że w szóstym tygodniu, przypadła na mnie kolej przygotowania się do spowiedzi. Już od pierwszego tygodnia cały ostróg podzielony został przez starszego podoficera na siedem zmian, stosownie do liczby tygodni wielkopostnych, które to zmiany kolejno miały gotować się do spowiedzi. Tym sposobem w każdej zmianie znalazło się po trzydziestu ludzi. Tydzień przygotowania się do spowiedzi bardzo mi się podobał. Aresztantów mających się spowiadać uwalniano od robót. Po dwa i trzy razy dziennie chodziliśmy do cerkwi, która stała niedaleko ostrogu. Dawno już nie byłem w cerkwi. Wielkopostne nabożeństwo, tak mi znajome z czasów dalekiego dzieciństwa i rodzicielskiego domu, uroczyste modlitwy, pokłony do ziemi — wszystko to rozbudziło w mej duszy najodleglejszą przeszłość, przypominało wrażenia z lat dziecinnych i pamiętam, jak mi było przyjemnie, kiedy nas rankiem po ziemi przymarzłej w nocy, wodzono pod strażą z nabitą bronią do domu Bożego. Straż zresztą nie wchodziła do cerkwi. W cerkwi stawaliśmy zbitym tłumem u drzwi, na ostatnim miejscu, skąd słychać było zaledwie silniejszy głos diaka133 i z rzadka dostrzec można było czarny ornat i łysinę księdza. Przypominam sobie wtedy, jak niegdyś w dzieciństwie, stojąc w cerkwi, spoglądałem nieraz na prosty lud, cisnący się u wejścia i z niewolniczą skwapliwością rozstępujący się przed sutymi epoletami134, przed grubym panem albo przed wyfiokowaną, ale nader pobożną panią, którzy koniecznie docisnąć się chcieli do pierwszych miejsc i gotowi byli co chwila pokłócić się o pierwsze miejsce. Tam u wejścia, zdawało mi się wówczas, i modlono się jakoś inaczej niż u nas, modlono się pokornie, gorąco, z pełną świadomością swojego upośledzenia.
Teraz i mnie wypadło stać na tych samych miejscach, a nawet gorzej, niż na tych; byliśmy skuci i naznaczeni piętnem hańby, wszyscy od nas stronili, bano się nas i każdym razem obdarzano jałmużną. Pamiętam, że mi to nawet sprawiało jakiejś dziwne, subtelne zadowolenie. „Więc niechże tak będzie!” — myślałem sobie. Aresztanci bardzo gorliwie się modlili i każdy z nich za każdym razem przynosił do cerkwi swoją żebraczą kopiejkę, kupował za nią świeczkę lub rzucał do składki cerkiewnej. „Wszakżem i ja człowiek — tak może myślał lub czuł, dając — przed Bogiem wszyscyśmy równi...” Przyjmowaliśmy komunię podczas mszy porannej. Kiedy duchowny z kielichem w ręku przemawiał: „...ale przyjmij mnie, jakoś przyjął rozbójnika...”, prawie wszyscy padli z brzękiem kajdan na ziemię, literalnie, jak się zdaje, wziąwszy te słowa do siebie. Ale oto i nadeszła niedziela wielkanocna. Od zwierzchności dostaliśmy po jaju i kawałku wielkanocnego placka; miasto znowu zasypało ostróg jałmużną. Znowu odwiedziny popa z krzyżem, znów odwiedziny zwierzchności, znowu dobrze omaszczony kapuśniak, znów pijaństwo i włóczęga — wszystko co do joty, jak na Boże Narodzenie, z tą różnicą, że teraz można było przechadzać się po dziedzińcu ostrogu i wygrzewać się na słońcu. Było jakoś jaśniej, przestronniej niż w zimie, ale zarazem ciężej na duszy. Nieskończenie długi letni dzień stawał się ogromnie nużący podczas świąt. Dzień powszedni wydawał się mniej długi, bo go skracała robota.
Letnie roboty okazały się w istocie daleko trudniejsze od zimowych. Były to przeważnie budowy inżynieryjne. Aresztanci budowali, kopali ziemię, kładli cegły; inni zajmowali się robotą ślusarską, stolarską lub malarską przy corocznych remontach rządowych budynków; inni wreszcie chodzili do fabryki robić cegły. Ta ostatnia robota uchodziła u nas za najcięższą. Cegielnia odległa była o trzy czy cztery wiorsty od fortecy. Co dzień w ciągu lata o godzinie szóstej rano wyprawiano całą partię aresztantów, z pięćdziesięciu ludzi, do robienia cegły. Do tej roboty wybierano takich, co nie byli majstrami i nie umieli żadnego rzemiosła. Brali oni ze sobą chleb, ponieważ z powodu odległości miejsca niewygodnie było wracać na obiad do ostrogu i robić tym sposobem osiem wiorst zbytecznych — i dopiero wieczorem, wróciwszy do ostrogu, jedli obiad. Pracę zaś zadawano na cały dzień, i to dużą pracę, z którą niełatwo się było uporać. Trzeba było naprzód nakopać gliny, wywieźć ją, nanosić wody, wydeptać glinę w przeznaczonej do tego jamie, wreszcie zrobić znaczną ilość cegieł, bodaj czy nie dwieście lub nawet dwieście pięćdziesiąt. Ja tylko dwa razy chodziłem do cegielni. Powracali ceglarze dopiero wieczorem, znużeni, zmęczeni i ciągle przez całe lato wymawiali innym, że mają najtrudniejszą robotę. Zdaje się, że im to przynosiło ulgę. Niektórzy jednak chodzili tam dość chętnie, bo naprzód robota odbywała się za miastem, miejsce było odkryte, swobodne, na brzegu Irtyszu. Zawsze spojrzeć dokoła przyjemniej, nie forteczny więzienny widok! Można było i zapalić lulkę135 swobodnie i nawet poleżeć z pół godziny z wielkim zadowoleniem. Co się mnie tyczy, to albo jak dawniej chodziłem do warsztatu lub do wypalania alabastru, albo używany byłem w charakterze podającego cegły przy budowach. Pewnego razy wypadło mi przenosić cegły znad brzegu Irtyszu do budowanych koszar; trzeba było przenosić je na przestrzeni siedemdziesięciu sążni, przez wał forteczny, i robota trwała przez dwa miesiące z rzędu. Podobała mi się ona, mimo że sznur, na którym trzeba było nosić cegły, ciągle ocierał mi plecy. Ale podobało mi się to, że ta praca widocznie rozwijała we mnie siłę. Z początku mogłem dźwigać tylko po osiem cegieł, a każda cegła ważyła do dwunastu funtów. Potem zaś doszedłem do dwunastu i piętnastu cegieł i to mnie bardzo cieszyło. Fizyczna siła w katordze potrzebna nie mniej od moralnej do zniesienia wszystkich niewygód tego przeklętego życia.
A ja chciałem żyć jeszcze i po wyjściu z ostrogu.
Lubiłem zresztą dźwigać cegły nie tylko dlatego, że ta praca wzmacniała ciało, ale i dlatego, że odbywała się na brzegu Irtyszu. Dlatego tak często mówię o tym brzegu, że jedynie stamtąd widać było świat boży, czystą, jasną dal, niezamieszkałe stepy wolne, które swoi pustkowiem wywierały na mnie dziwne wrażenie. Tylko na tym brzegu można było stać tyłem do fortecy i nie widzieć jej; wszystkie zaś inne miejsca naszych robót były albo w fortecy, albo koło niej. Od pierwszych dni znienawidziłem tę fortecę i niektóre inne budowle. Dom naszego plac-majora wydawał się jakimś przeklętym, wstrętnym miejscem i przechodząc mimo niego, zawsze na niego spoglądałem z nienawiścią. Na brzegu zaś można się było zapomnieć; patrzę, bywało, na to nieobjęte okiem pustkowie, jak więzień patrzy przez okno więzienia na wolny świat. Wszystko tu dla mnie było miłe i drogie: i złote i gorące słońce na bezdennym błękicie nieba, i daleka pieśń Kirgiza, dolatująca z brzegu kirgiskiego. Wpatrując się długo, dostrzegłem na koniec jakąś biedną, odymioną jurtę136 bajgusza137, spostrzegłem dymek, wychodzący z jurty, Kirgizkę krzątającą się około swych dwóch baranów. Wszystko to biedne i dzikie, ale swobodne. Dojrzę jakiego ptaka w sinej dalekiej przezroczy i długo, uporczywie śledzę jego lot; oto musnął falę, oto znikł w błękicie, oto znów ukazał się jako ledwie dostrzegalnym punkcik... Nawet biedny suchotniczy kwiatek, który znalazłem w rozpadlinie kamienistego brzegu, i ten jakoś chorobliwie zatrzymał moją uwagę. Smutek, którego doznawałem w tym pierwszym roku katorgi, był nie do zniesienia ciężki, rozdrażniał mnie, czynił mnie gorzkim, nie pozwalał mi wielu rzeczy widzieć wkoło siebie. Zakrywałem oczy i nie chciałem się przypatrywać. Pośród towarzyszy moich, złych i nienawistnych katorżników, nie dostrzegałem ludzi dobrych, zdolnych i czuć, i myśleć, pomimo wstrętnej skorupy, która ich z zewnątrz pokrywała. Wśród jadowitych słów nie dostrzegałem nieraz słowa uprzejmego i łaskawego, które było tym droższe, że wypowiedziane bez wszelkich widoków, nieraz wprost z duszy, co może więcej od mojej wycierpiała i zniosła. Ale po co się nad tym rozwodzić?
Byłem niezmiernie rad, gdy bardzo zmęczony wracając do domu, mogłem sobie pomyśleć: „a nuż zasnę!”, a to dlatego, że u nas spanie było latem jeszcze większą męką niż w zimie. Wieczory wprawdzie bywały czasem bardzo ładne. Słońce, które przez cały dzień nie schodziło z więziennego dziedzińca, zachodziło na koniec. Następował przyjemny chłód, a potem stepowa noc, prawie zimna. Aresztanci, oczekując zamknięcia kazarmy, tłumami, bywało, chodzą po dziedzińcu, główna zaś masa ciśnie się w kuchni. Tam zawsze podejmowano jakąś kwestię z codziennego życia więziennego, rozprawiano o tym i owym, roztrząsano jakąś pogłoskę, często niedorzeczną, ale budzącą wielkie wrażenie wśród tych odciętych od świata ludzi. Tak na przykład rozeszła się wieść, że nasz plac-major ma być usunięty. Aresztanci są łatwowierni jak dzieci, wiedzą dobrze, że pogłoska fałszywa, że przyniósł ją znany plotkarz i „niedorzeczny” człowiek, aresztant Kwasow, któremu od dawna już postanowili nie wierzyć i który w każdym słowie kłamie — a wszyscy chwytają tę wiadomość, sądzą, radzą, cieszą się, a kończy się tym, że się sami na siebie rozgniewają, wstyd im się zrobi, że uwierzyli Kwasowowi.
— Kto go tam przepędzi! — woła jeden, mówiąc o majorze. — Nie bój się, gruby kark, wytrzyma!