— Jełkin więcej umie! — robili uwagę inni, ale tonem łagodnym.

W obu partiach nagle zapanowała wielka gotowość do ustępstw.

— Nie to, że umie, ale ma rękę lżejszą. A co się tyczy bydlęcia, to i Kulikow nie da się zjeść w kaszy.

— Nie da się zjeść w kaszy! Zuch!

— Nie da się.

Na koniec wybrano i kupiono nowego Gniadka. Był to wyborny konik, młody, ładny, mocny, wyglądał nadzwyczaj zdrowo i wesoło. Rozumie się, że i pod wszelkimi innymi względami okazał się bez błędu. Zaczęły się targi: żądano trzydziestu rubli, nasi dawali dwadzieścia pięć. Targowano się gorąco i długo, dodawano i opuszczano. Nareszcie samym aresztantom wydało się to śmieszną rzeczą.

— Czy to ty ze swego worka, czy co, będziesz brał pieniądze? — mówili jedni. — Po co się targować?

— Czy to kazny (skarbu) mamy żałować?

— A jednak, bracia, zawsze to pieniądze artielne.

Artielne! Nie, widać, że naszego brata, duraków, nie sieją, sami się rodzimy...